Po czemu ten rower? Osobista relacja Grzegorza z brevetu 200km (25 kwietnia 2010)

Nieprzypadkowo zdecydowaliśmy o zorganizowaniu naszych brevetów w podlaskim – przyroda tu piękna, ludzie mili, asfalt gładki a samochodów jakby mniej niż gdzie indziej. Z jednej strony zależało nam na należytym rozpropagowaniu naszej imprezy, z drugiej jednak nadmierna liczba startujących mogłaby być kłopotliwa – wszak to nasz debiut, a pierwszy wyścig decyduje o tym czy otrzymamy ostateczną homologację od ACP. Przygotowaliśmy się więc ostro, merytorycznie, mentalnie i sprzętowo, ale nie liczyliśmy na tłumy – liczyliśmy za to na dobrą zabawę.

Uprawiający sporty wytrzymałościowe wiedzą, że najważniejsza jest przedostatnia noc przed zawodami. Wraz z Irkiem potraktowaliśmy tę informację zdecydowanie zbyt dosłownie – o ile noc z piątku na sobotę przespaliśmy w miarę normalnie to w ostatnią zdecydowaliśmy, w towarzystwie naszych pań, wypić kilka piw. Było tego zdecydowanie za dużo, w odróżnieniu od liczby przespanych godzin, z soboty na niedzielę Irek spał 3,5, a ja równie marne 4. Start zaplanowano na 6:00, trasa – opracowane przez Irka i wyjeżdżone autem i w siodełku 200 km. Rano, oprócz dokuczliwego deficytu snu, pojawił się jeszcze jeden element zniechęcający – szron na autach, temperatura w nocy spadła do -5 stopni. Start zaplanowaliśmy ze sklepowego parkingu placówki „Jaroszówka” gdzie spotkaliśmy się z Irkiem o 5:30. Otrzymaliśmy klucze do samodzielnego otwarcia parkingu, jeden z wolontariuszy ogrodowy stół i krzesła, zorganizowaliśmy Biuro. Irek przyjechał ze Swietą, a ja z Lucyną – Panie oczywiście, bez pytania o zgodę, zostały zatrudnione w wyścigowym wolontariacie. Zajęły się biurem, przygotowywaniem dokumentów dla uczestników, przyjmowaniem opłat, wyjaśnianiem zasad. My zajęliśmy się rowerami – wyjąć z auta, złożyć, napompować – typowe historie. Oprócz naszej dwójki na starcie pojawiło się jeszcze trzech uczestników, tylko jeden z nich zdecydował się jechać rowerem szosowym. Pozostała dwójka wsiadła na swoje górale. Zimno nie wydawało mi się przejmujące, co prawda byłem w ciepłym ubraniu i rękawicach, ale gorąca kawa i słońce, które pojawiło się na bezchmurnym niebie wydawały się dobrymi prognostykami. Powinienem się zaniepokoić czerwonymi nosami wszystkich uczestników oraz długopisami, które przestały pisać – dookoła panował mróz. Jeszcze jeden wolontariusz – Krzysztof – zgodził się użyczyć własnego czasu i samochodu – na trasie miał się zająć szeroko pojętą pomocą zawodnikom. Właściwie to nie szeroko pojętą, a ściśle pojętą – wg zasad ACP – czyli dowożeniem rzeczy na punkty kontrolne. Zapakowaliśmy więc swoje torby z ubraniem i jedzeniem do Krzysztofowego vana, z żalem spojrzeliśmy na dzbanek z kawą i postanowiliśmy wreszcie wyruszyć.  Wyjechaliśmy kilka minut po szóstej, Irek i ja jako ostatni.

Pół godziny po naszym wyjeździe na starcie pojawili się panowie z białostockiej telewizji lokalnej – z kamerami, przygotowani na nakręcenie reportażu…, cóż z tego, jeśli się spóźnili…. Swieta i Lucyna poczęstowały miłych panów kawą i umówiły się na następny start – 15 maja.

Jadąc za Irkiem zorientowałem się, że postanowił dogonić zawodników, którzy wyjechali przed nami. Jechaliśmy w stronę Supraśla, dość szybko wyprzedziliśmy Darka, który jechał bardzo dobrą ścieżką rowerową, ale znacznie wolniej od nas. Irek jechał tak szybko, że pomyślałem, że jeśli dalej będę jechał tak szybko to w ogóle nie ukończę dystansu 200 km. Znam swoje możliwości i wiem na co mnie stać, poranna pogoń nie wyglądała dla mnie zbyt dobrze. Ewentualny kac ulotnił się w ciągu pierwszej godziny, tak właściwie to w ogóle się dzisiaj nie pojawił. Jadąc przez pierwszą godzinę spotkałem się z demonicznym problemem – zimnem. O ile lobstery na rękach, okutana głowa i ciepła kurta zapewniały jako taki komfort całego ciała to słabym punktem były buty – zwyczajne, letnie wyścigowe ciżemki, wewnątrz cienkie skarpety. Najpierw poczułem, szczypanie, później ból a później już nic nie czułem. Nie zwalniałem jednak, trzymałem się prowadzącego i liczyłem, że z kwadransa na kwadrans będzie cieplej. Po kilkunastu kilometrach doszliśmy Karola i Piotra, pierwszy na szosówce, drugi na góralu. Nie zwolniliśmy, ale jechaliśmy we czwórkę, więc było już znacznie łatwiej i raźniej, pogadaliśmy trochę, ale też bez przesady – szkoda tracić sił, a poza tym zimno było tak, że płuca zamarzały. W dobrej komitywie i formie dojechaliśmy do Krynek, w których dwie miłe panie przyszły do pracy 2 godziny wcześnie (a to przecież niedziela!) tylko po to by kolarzom podstemplować karty brevetowe. Stempel – podpis – baton – picie i czas jechać dalej. Tuż przed odjazdem naszej czwórki z Krynek pod sklep podjechał Darek, palne w rękawiczkach bez palców miał zmarznięte dramatycznie, ale zdecydował się pozbyć kurtki, od tej pory jechał tylko w koszulce z krótkim rękawem. Twardziel został odpocząć, my pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła od Krynek na Sokółkę, ale tuż przed Sokółką skręciliśmy w prawo, w stronę miejscowości Bohoniki. Trochę kilometrów zrobiłem przez swoje kilkanaście lat jeżdżenia na szosowym rowerze, ale takiego asfaltu jak żyję nie widziałem. Gładziutki, nowiutki, niedawno położony – po prostu bajka. Moi koledzy Karol I Irek, jak zobaczyli to zjawisko, to narzucili takie tempo, że ledwo mogłem utrzymać koło, odpadałem na zjazdach, dochodziłem na podjazdach. Kolega Karol niedawno przesiadł się z górala na szosówkę (dokładnie 2 tygodnie temu), ale jechał tak, że tylko pozazdrościć. Prawdę mówiąc Irek i ja trzymaliśmy koło Karolowi, wiózł nas przez wiele kilometrów. Nie przypadkiem nie wspominam o Piotrze na góralu, który jednak odpadł, zrozumiałe, rower nie pozwalał mu utrzymać naszego tempa jazdy. Po drodze mijaliśmy miejscowość Bohoniki, w której jest meczet i tatarski, czynny, cmentarz. Miejsce jest zjawiskowo piękne i klimatyczne, w mojej opinii był to najbardziej urokliwy punk trasy. Przez wiele kilometrów jechaliśmy wzdłuż białoruskiej granicy, nic więc dziwnego, że zostaliśmy wypatrzeni przez Straż Graniczną. Owa instytucja oczywiście została poinformowana o naszym przejeździe więc wszystko było pod kontrolą. Straż Graniczna zatroszczyła się również o zweryfikowanie podejrzanych pojazdów na trasie – Krzysztof, suport techniczny otrzymał od Straży pseudonim „mężczyzna z dzieckiem w vanie” (z Krzysztofem był jego 7-letni syn Bartek), a Lucyna została określona jako „laska w Peugeocie”. Zwijaliśmy się naprawdę ostro, w dobrej formie dotarliśmy do 3-go punktu kontrolnego w Kuźnicy – to rolę również pełniła pani sprzedawczyni w miejscowym sklepie. We wspomnianej placówce do lady stała kolejka kilku pań, ale po wejściu każdego z nas (jakoś tak się stało, że robiliśmy do solowo) pani sprzedawczyni odchodziła klientek, siadała za małym stolikiem i z wielką atencją stawiała pieczątki, pisała godzinę i podpisywała się. Od technicznego suportu, który się spóźniał dowiedzieliśmy się, że jadący jako ostatni Darek złapał gumę i z wielkim poświęceniem i zacięciem ją zmieniał. Czekając na Krzysztofa otrzymaliśmy krótki wykład teologiczny na temat prawosławia i katolicyzmu – bez najmniejszego zadęcia, złości czy pretensji. Ot, kilka ciekawych myśli usłyszanych w uroczym miejscu na Podlasiu w czasie słonecznej niedzieli (bo ciepła to ona nie była). Zamiast suportu przykulała się Lucyna, skorzystałem z tego i zjadłem co nieco, dałem też batony i czekoladę pozostałym – miała na szczęście trochę kalorii w bagażniku naszego auta. Stojąc pod sklepem i odpoczywając usłyszeliśmy nagle od Karola – „Powinienem jechać bo żonie powiedziałem, że na obiad będę”. Razem z Irkiem wywaliliśmy gały na gościa, który chciał ten brevet zamknąć w mniej niż 8 godzin. Tym razem jednak poczekał, przyjechał Krzysztof, chwilę jeszcze odpoczęliśmy i znów gdy już wybieraliśmy się w drogę dojechał Piotr. Odpoczywał więc krócej niż my, ale powiedział, że czuje się dobrze i jedzie z nami, tym bardziej, że kolejny punkt został zaplanowany zaledwie kilkanaście kilometrów dalej na północ, w miejscowości Nowy Dwór. Znów Karol wspomagany przez Irka narzucili szalone tempo, ja odpadałem i dochodziłem, a Piotr został z tyłu już po kilku kilometrach. Brak szosowego roweru to w brevetowym znoju prawdziwy problem – choć sił ma się dużo to jednak opory toczenia i powietrza są tak znacząco większe niż przy wyścigówce, że na utrzymanie się w szybko jadącej grupie szanse są marne. Piotr z pewnością nie był zawodnikiem słabszym od nas, a już na pewno nie ode mnie, ale przez rower zostawał. A jak już zostawał to męczył się jeszcze bardziej bo samodzielnie musiał się pchać pod wiatr, tracił więc bardzo dużo sił i nie miał szansy nas dojść. Starałem się więc ze wszystkich sił żeby mi ta dwójka nie odeszła.

Czwarty punkt kontrolny był na 104-tym kilometrze trasy, a więc w przybliżeniu w połowie. Dojechaliśmy tam piorunem bo odległość między punktami trzecim i czwartym wynosiła tylko 16 km. Tam znów musieliśmy poczekać na auto Krzysztofa. Dokoła punku kontrolnego, który także zlokalizowany był w sklepie, zgromadziła się spora grupa miejscowych. Trafiliśmy chyba na moment gdy ludzie wyszli z kościoła, a w dodatku na niewielkim placyku nieopodal zainstalowanych było kilka straganów. Nie wiem co tam sprzedawali, ale zgromadzenie było całkiem pokaźne. Oczywiście w swoich strojach i na dziwnych rowerach stanowiliśmy niemałą sensację. Najbardziej charakterystyczny był starszy pan, który podszedł do nas i zapytał „Po czemu rower?” myśląc zapewne, że oparte o sklepowy mur urządzenia do jazdy są na sprzedać. Mając rodzinę w lubelskim zorientowałem się, że chodzi o cenę, ale do transakcji jakoś nie doszło, może dlatego, że nie miałbym na czym wrócić. Karol zaczął znów swoje, że on się spieszy bo żona z obiadem czeka a auta z jego batonikiem (mówił o liczbie pojedynczej) jeszcze nie ma. Lucyna znów była pierwsza, dałem koledze batona i wreszcie mógł sobie pojechać, z Irkiem zdecydowaliśmy się czekać dalej. Jak nadjechał Piotr (był już Krzysztof z zaopatrzeniem) to zapytałem go jak u niego z jedzeniem, czy ma, czy coś kupuje. Dowiedziałem się, że u niego z jedzeniem tak sobie bo brevet wypadł na koniec miesiąca i u niego słabo z kasą… a widać, że chłop młody, 1.90 wzrostu, jedną bułką się nie wyżywi. Na szczęście w aucie było to czego potrzebował, prawdę mówiąc nikt już nie pamiętał co jest czyje.

Wyjechaliśmy z Nowego Dworu we trójkę, zostawiając wcześniej niepotrzebne części ubrania – właściwie to Piotr wyjechał 2 minuty przed nami. Jechaliśmy z Irkiem tylko we dwóch, widzieliśmy w oddali Piotra, dochodziliśmy go niespiesznie, rozkręcając się powoli. Zmęczenie dawało mi się już we znaki, jechaliśmy wolno, ale czułem swoje w nogach, zwłaszcza prawe udo chwilami bolało ponad normę. Nie dawałem jednak rady prowadzić, z przodu jechał Irek. Po mniej więcej 10 kilometrach dogoniliśmy Piotra, jechał z nami następnych kilka, później niestety został. Jakąś godzinę po wyjechaniu z punktu w Nowym Dworze napadło mnie jakieś apogeum zmęczenia. Próbowałem zjeść banana – zgnił, wyjąłem baton – kompletnie roztopiony, wlokłem się zmęczony za Irkiem – a to był dopiero niecałe 130 km. Po jeszcze kilkunastu minutach takiej męczarni Irek stwierdził, że kompletnie już nie ma siły, schował się za mnie. Starałem się żeby tempo za bardzo nie spadło, choć jechaliśmy pod wiatr, i mniej więcej się udało. Był to jednak najcięższy odcinek trasy, właśnie przed Sokółką, pomiędzy 130 a 150 kilometrem. Pomyślałem sobie wówczas, że właśnie ten fragment zadecyduje czy w ogóle dojadę i w jakiej kondycji. Pod górę miękko, z góry w miarę szybko – tak się starałem prowadzić. Również na tym odcinku poznałem nowe słowo – arboretum. Wiecie co to jest arboretum? Irek wystartował z tekstem – „tuż przed arboretum są dwie cholerne górki”, myślałem, że to miejscowość i z upragnieniem wyczekiwałem tablicy „Arboretum 3”, ale nic z tego. Wreszcie zapytałem co to za arboretum i okazało się, że to park drzewny – wielka połeć lasu, na której zasadzone są różne gatunki drzew. Świetna sprawa, zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci, obiecałem sobie, że je tutaj przywiozę. Myślenie o arboretum sprawiło, że upragniona stacja benzynowa w Sokółce przestała być obsesją i wreszcie pojawiła się na horyzoncie.  Tam zorganizowany był piąty punkt kontrolny, ostatni przed metą, z mapki wynikało, że był to 153. kilometr. Uradowana sprzedawczyni z ochotą stemplowała i podpisywała karty brevetowe. Odpoczęliśmy, zjedliśmy, napiliśmy się i w zasadzie byliśmy gotowi do dalszej jazdy. Relacje z trasy były następujące – Karol był 15-20 minut przed nami (!), a Darek jechał cały czas jako ostatni. Już jak wpięliśmy się w pedały tradycyjnie podjechał Piotr, nie mieliśmy szans na niego poczekać.

Jakieś 5 kilometrów za Sokółką, po wyjechaniu skomplikowanymi zakrętami poza miasto, poczułem się znakomicie, znacznie lepiej niż 50 km wcześniej – regeneracja, jedzenie, picie, odpowiednia suplementacja jednak zdecydowanie pomagają – ba, w ogóle umożliwiają przejechanie takiego dystansu w takim tempie. Prowadziliśmy na zmianę z Irkiem, dawałem radę zarówno pod górę jak i z góry. Pojawił się jednak nowy problem – za Wierzchlesiem, jadąc już w stronę Białegostoku, zdecydowanie pogorszył nam się asfalt, było w nim całe mnóstwo dziur, uskoków a poza tym (było już po 14-stej) na trasie był spory ruch. Nasza złość na kiepski asfalt wynikała oczywiście głównie z rzeczywistego stanu rzeczy, ale jednak tym samym asfaltem, tyle, że w drugą stronę, jechaliśmy kilka godzin wcześniej rozpoczynając brevet. Wówczas żadnemu z nas nie przeszkadzało przemykanie piekielnymi dziurami i podskakiwanie na uskokach. W drodze powrotnej było to niemożliwe zwyczajnie z racji zmęczenia. W Supraślu zdecydowaliśmy się więc zmienić szosę na ścieżkę rowerową, do mety zostało zaledwie ok. 10 km. Na ścieżce było co prawda dużo rowerzystów (niektórzy nawet trochę agresywni), ale to jednak było lepsze niż ryzykowna skakanie pomiędzy dziurami w asfalcie i samochodami. Na szosę zjechaliśmy już przed samą metą, tak się złożyło, że na teren parkingu Jaroszówki wjechałem kilkanaście sekund wcześniej od Irka. Lucyna, tak jak wszystkim kończącym brevet, zrobiła nam zdjęcia.

Przebrałem się szybko w normalne, suche ubranie. Położyliśmy się na trawie, piliśmy piwo, rozmawialiśmy, czekaliśmy na resztę. Okazało się, że Karol pędził jak szalony, jadąc w pojedynkę udało mu się zachować przewagę 25 minut. Zjadł JEDEN batonik i wypił JEDEN bidon – terminator jakiś. Po ok. 30 minutach dojechał Piotr na góralu, był zmęczony, to było widać, klapnął na trawie i siedział jeszcze długo sącząc zimne piwo. Nawiasem mówiąc walka o zimne piwo nie była taka prosta bo w sklepie zepsuła się lodówka do napojów – panie załatwiły więc z właścicielem, że set dla nas będzie się chłodził w zamrażarce do lodów. Cóż, Podlasie zdecydowanie sprzyja niestandardowym rozwiązaniom. Czekaliśmy na Darka, który wedle wcześniejszych informacji złapał gumę. Nagle telefon do Krzysztofa – kolejny kłopot z dętką (tym razem tylną) na ok. 30 km od mety. Pomagać na brevecie można jedynie w punktach kontrolnych, ale na szczęście Darek miał ze sobą dętkę oraz miniaturową pompkę więc zdecydował się zmienić po raz kolejny. Krzysztof pojechał w jego stronę, dla podtrzymania na duchu, ewentualnie dla zdjęcia z trasy. Po kolejnej godzinie, gdy Darek dalej nie przyjeżdżał, okazało się, że musi pompować koło co 2-3 km, powietrze cały czas uchodziło. Przynajmniej była nadzieja, że się uda – i rzeczywiście, wypatrzyliśmy Darka już na długo przed metą, dojechał do nas ok. 18-stej, tradycyjnie został obfotografowany i musiał wypić piwo. Był bardzo zmęczony i wściekły, że na kilka dni przed brevetem wymienił opony i dętki, takie eksperymenty tuż przed startem mogą się srogo zemścić. Powiedział, że następnego brevetu nie jedzie choćby nie wiem co, może i w tym momencie tak myślał, ale na podjęcie decyzji o majowym starcie jest przecież jeszcze sporo czasu. Zawodnicy przyjechali w następujących czasach: Karol Andrzejewicz-8 h 44 min, Darek Jelski-11 h 52 min, Irek Kozioł-9 h 20 min, Piotr Kulmacz- 9 h 37 min. Ja dotarłem do ostatniego punktu kontrolnego-mety razem z Irkiem-po 9 godzinach i 10 minutach.

Na trasie posługiwaliśmy się różnorakim sprzętem do mierzenia odległości, prędkości, tempa, tętna i jeszcze innych parametrów. Generalnie wydaje się, że jeden rodzaj urządzenia jest najistotniejszy – licznik przebytych kilometrów. Jakkolwiek pomiar tętna czy informacja o miejscu, w którym się znajdujemy jest bardzo istotna to jednak liczna przebytych kilometrów (a przy okazji również prędkość) wydaje się najbardziej potrzebnym elementem wyposażenia technicznego. Przy pomocy tego dość prostego urządzenia udało się ustalić, że oprócz odpoczynków na trasie jechaliśmy (Irek i ja) ze średnią prędkością 27,5 km/h, a różnica wzniesień wyniosła 1300 m (!) – dobrze, że o tym nie wiedziałem bo nie wiem czy w ten niedzielny poranek oderwałbym obolałą głowę od poduszki.

Osobiście nigdy jeszcze nie zrobiłem jazdy o tej długości, takie ćwiczenie przyniosło więc wiele cennych obserwacji dotyczących techniki jazdy oraz roweru. Po brevecie zdecydowałem się na podniesienie kierownicy, zmianę jej położenia, niewielkie przesunięcie klipów w pedałach do wewnątrz oraz na zakup innego kasku – ten, który miałem miał niewielki daszek i patrzenie na drogę z pochylonej pozycji wymagało zadzierania głowy, a to już w 4. godzinie jazdy okupione było sporym bólem. Dlatego pozycja była bardziej wyprostowana, opory powietrza większe i siła potrzebna do poruszania maszyny większa, a więc zmęczenie coraz szybsze.

Kolejna imprez już 15 maja, w sobotę, start o 5 rano, a dystans 300 km. Na przejechanie trasy II polskiego brevetu jest 20 godzin czyli na zawodników będziemy czekać do 1 w nocy w niedzielę. Tym razem, oprócz wyposażenia potrzebnego na 200 km, konieczne jest oświetlenie roweru, zarówno z przodu jak i z tyłu oraz odblaskowe ubranie. Zabawa zabawą, ale bezpieczeństwo ponad wszystko. Wszystkich twardzieli, którzy chcą się sprawdzić w tej unikalnej dyscyplinie serdecznie zapraszamy!

Grzegorz Rogóż