Relacja z brevetu 400 km by Greg

RIDERS ON THE STORM

Z alkoholem radzimy sobie coraz lepiej. Tym razem w przeddzień brevetu spożyliśmy bardzo umiarkowane ilości i postanowiliśmy położyć się spać znacznie wcześniej niż ostatnio. Jakkolwiek udało się to zrealizować to jednak pobudka o 3 nad ranem nie pozwoliła wyspać się w pełni. Ważne jednak, że czuliśmy się dobrze, naładowani energią zaczerpniętą głównie ze zjedzonej wczoraj sterty pierogów (ruskich, na ostro). Gości była umiarkowana liczba, większość czasu w piątkowy wieczór spędziliśmy na wypełnianiu brevetowych dokumentów i omawianiu kolejnych imprez. Kawa, owsianka, jeszcze jedna kawa i trzeba było udać się na start. Poprzedniego dnia panował potworny upał – na Podlasiu temperatura dochodziła do 34 stopni, w sobotę, w dzień startu zapowiadało się wcale nie inaczej – o 4-tej nad ranem mieliśmy już 19 stopni…. Miny nam trochę rzedły, bo z każdym kwadransem robiło się coraz cieplej.

Irek kupił sobie nową kurtkę, drogą jak diabli, przeciwdeszczową. Zakomunikował, że chętnie by ją wypróbował, tak nie za długo, może z godzinę, ale jednak chciałby żeby padało. Odpukałem w niemalowane na wszelki wypadek bo nie lubię deszczu, cholera.

Na starcie zameldowało się siedmiu zawodników, tym razem wszyscy na szosowych rowerach. „Górale” spasowali, zresztą nic w tym dziwnego, za to dołączyło dwóch kolarzy, którzy nie jeździli z nami wcześniej. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniej imprezy wydaliśmy wszystkie dokumenty już przed 5-tą, tak, że z wybiciem tej godziny można było ruszać w drogę.

Ruszyliśmy w dwóch grupach, w pierwszej jechał Karol, Jacek, Maciej, Irek i ja a kilka minut za nami wystartowali Piotr i Paweł. Oczywiście na początku wszyscy jakby zapomnieli (szczególnie w pierwszej grupie), że dystans to 400 km i trzeba na to poświęcić kilkanaście godzin i zaczęliśmy pędzić jak wariaci i ścigać się wszędzie gdzie się tylko dało. W rezultacie na pierwszy punkt kontrolny w Waliłach (ponad 37 km) przyjechaliśmy kilka minut po szóstej – pomimo, że na górkach przed punktem grupka się porwała. Trochę ze zmęczenia a trochę z rozsądku zostaliśmy z Irkiem z tyłu i dojechaliśmy na punkt kilka minut później. Następne po drodze były nasze ulubione Krynki, ale tym razem zmęczyła nas odległość bo pomiędzy punktami było ponad 60 kilometrów. Jednocześnie mając świadomość, że jadą przed nami Karol (ten co zawsze przyjeżdża pierwszy), Jacek (ten co goni Karola, ale ma pecha bo gubi drogę albo łapie gumę) i Maciej (ten co ma łydki jak rzymski legionista) nieśmiało wyobrażaliśmy sobie, że ich dojdziemy.

Nie udało się, to jasne, choć przed samymi Krynkami jechaliśmy bardzo szybko, niepotrzebnie zabrałem się za prowadzenie na dłuższy czas bo po dojechaniu do Krynek nastąpił ten najgorszy moment wyścigu (który zresztą zawsze nastąpić musi). Zasłabłem, spuchłem, odjechałem – jakkolwiek to zwać usiadłem i powiedziałem, że dalej nie jadę. Było mi niedobrze, gorąco, kręciło mi się w głowie i zdecydowanie chciało mi się wymiotować (chciało mi się jeszcze coś, ale nie napiszę co). No, ale Lucyna się zaczęła ze mnie śmiać, więc wsiadłem na rower i powlokłem się za Irkiem. Powiedziałem Irkowi, że nie mam siły i jadę za nim, pociągnął prawie godzinę równym tempem i zrobiło się znacznie lepiej, na tyle dobrze, że mogłem spokojnie poprowadzić.

Pomimo tego co wydarzyło się później to właśnie ten odcinek trasy był dla mnie najgorszy. Po czterdziestu kilku kilometrach dokulaliśmy się jakoś do Kuźnicy, wiało już nam poważnie w twarz i byliśmy zmęczeni, ale w sumie w nienajgorszych nastrojach – zwłaszcza ja, odpocząłem i przestała mnie boleć głowa. W Kuźnicy natknęliśmy się na Macieja, rozciągał się, został za Jackiem i Karolem bo zaczął go boleć kręgosłup. Zdarza się, ustaliliśmy wspólnie, że dalej jedziemy razem, my w całkiem niezłej formie (przynajmniej wedle naszych norm), Maciej z łydkami jak rzymski legionista – taki zestaw mógł być całkiem niezły. Pomysł był świetny, zasuwaliśmy jak pociąg ekspresowy, niewiele rozmawiając, skrupulatnie trzymając koło i dając solidne zmiany.

Maciej ciągnął zdecydowanie szybciej niż my, kiedy obejmował prowadzenie przyspieszaliśmy 10-20%, ale ponieważ jechaliśmy na kole dawało się to znieść w miarę bez problemów. Szczególnie wygodnie miałem ja ponieważ ustawiony byłem za Maciejem, który jest ode mnie znacznie potężniejszy więc chowanie się za niego było bardzo komfortowe. Pomimo dobrej współpracy do Dąbrowy Białostockiej dobrnęliśmy z niemałym trudem a powodem był piekielny wiatr. Akurat ostatnią zmianę miałem ja i stację w Dąbrowie widziałem już z 2-3 kilometrów, podążałem z mozołem, noga za nogą, a koledzy za mną. Finałem była ogromna góra tuż przed samym punktem, nie ukrywam, że wspiąłem się już na nią z pewną wściekłością i resztkami sił przeznaczonymi na tą część trasy. Z dobrze poinformowanych źródeł dowiedzieliśmy się, że Karol i Jacek są lata świetlne przed nami….Na szczęście te same źródła poinformowały nas, że Piotr i Paweł są lata świetlne za nami.Z Dąbrowy do Augustowa przemknęliśmy jak burza, współpraca była doskonała, każdy dawał na zmianach tyle kilometrów na prowadzeniu ile mógł, czuliśmy się świetnie i jechaliśmy szybko. Ponieważ jak wiadomo Augustów to wodna stolica Polski, a brevet jechaliśmy w sobotę, spotkaliśmy więc wielu podchmielonych obywateli, z którymi podczas postoju odbyliśmy mniej lub bardziej ciekawe rozmowy. Niestety gołym okiem widać było również pijanych młodzieńców rozebranych do pasa i prowadzących z szaleńczą prędkością swoje szałowe dwudziestoletnie beemki i mercedesy. Psychicznie więc bardzo pomogło mi, że kilka kilometrów za Augustowem skręciliśmy na miejscowość Płaska i znaleźliśmy się na ostatnim odcinku drogi do Rygola gdzie był 250 kilometr trasy. Na tym odcinku spodziewaliśmy się dużego wiatru w twarz, na szczęście zmienił kierunek i wiał z boku, a chwilami nawet w plecy, jechało się więc dobrze i szybko – nadal przy dobrej współpracy.

Bar w Rygolu nazywa się Słodka Dziurka. Skorzystaliśmy z usług tego przedsiębiorstwa podgrzewając przywiezione przez mnie pierogi oraz dokupując dodatkowe porcje. Lucyna zadbała żeby wszyscy dostali tyle jedzenia i picia ile potrzebują, żeby wszystko było na czas i żeby zawodnicy nie musieli w Rygolu zbyt długo czekać. Niestety zawodnicy i tak się ociągali z wyruszeniem w dalszą trasę bo chcieli lepiej odpocząć, w rezultacie znów przesadziliśmy z czasem postoju w Rygolu, zajęło nam to ponad 40 minut.

Nie popełniliśmy natomiast błędu z ilością jedzenia i nie naładowaliśmy się „po burty” jak poprzednim razem. To pomogło we wkręcaniu się na właściwe obroty dalej na trasie i ułatwiło trawienie. W Rygolu dowiedzieliśmy się oczywiście o stan ludzi na tracie – Karol z Jackiem dojechali razem do Słodkiej Dziurki i razem stąd wyjechali, ale niedługo później Karol mu odjechał na jednej z górek i teraz różnica pomiędzy nimi stale się powiększała. Paweł i Piotr znajdowali się ok. 1,5 godziny za nami, nie spieszyli się więc, ale nie robili też przesadnie długich przerw.

Wyruszyliśmy ze świadomością, że pokonać trzeba jeszcze 150 km, niby mniejszą część trasy, ale jednak poważną liczbę kilometrów. Jakkolwiek dało się jechać to jednak nie szło łatwo to jednak nie da się ukryć, że byliśmy już poważnie zmęczeni, tempo spadło, a zmiany były coraz krótsze. W pewnej malignie podstemplowaliśmy karty w Dąbrowie na stacji i wyruszyliśmy na następny, 30 kilometrowy odcinek do Kuźnicy. Tutaj dowiedzieliśmy się, że różnica pomiędzy Karolem a Jackiem jest nadal, a Karol już dawno wyjechał z Kuźnicy. W zasadzie było mi wszystko jedno gdzie jest i ile jest przed nami, nie zdziwiłbym się nawet słysząc, że Karol jest Marsjaniniem. W Kuźnicy standardowe potwierdzenie ze sklepu i decyzja czy już szykujemy się do jazdy nocnej czy jeszcze czekamy. Udało nam się obliczyć, że w Krynkach będziemy jeszcze jak będzie widno, kilkanaście minut po ósmej, więc w końcu postanowiliśmy zaryzykować i cały zestaw nocny pojechał autem technicznym do Krynem. Z dużym smutkiem, a może nawet z przestrachem stwierdziłem, że kolejny punkt kontrolny, nasze wymarzone Krynki, jest oddalony od nas aż o 46 km. To spory odcinek, szczególnie jeśli się ma w nogach już ponad 300 km.

I rzeczywiście szło ciężko bo dawaliśmy bardzo krótkie i mozolne zmiany, nie da się ukryć siły były już na wyczerpaniu. Przed Krynkami, na największym rondzie w Europie (nie wierzycie to sprawdźcie zaczęło lekko kropić, niepokój mój wzrósł gdy zauważyliśmy, że ulice są zupełnie mokre co oznaczało, że padało tutaj i to całkiem solidnie. Pod sklepem Geesiak zaczęliśmy od posiłku a skończyliśmy na przygotowaniu się do nocnej jazdy. Wszyscy przywdziali odblaskowe stroje, odblaskowe opaski na nogi oraz obowiązkowe oświetlenie, przednie i tylne. Pozostali koledzy mieli coś jeszcze – specjalne lampki diodowe zakładane na kask, pozwalające zobaczyć co nieco w miejscach, w które się odwróci głowę.  Jako mało doświadczony ultra maratończyk nie byłem w stanie przewidzieć jak bardzo potrzebny będzie ten element.

Piekło zaczęło się szybko i zdecydowanie już 2-3 kilometry po wyjeździe z Krynek. Zaczął padać deszcz… to jednak zdecydowanie eufemizm – zaczęło lać jak z cebra, piekielnie i bez przerwy. W ciągu kilku kolejnych minut zrobiliśmy się przemoczeni i zziębnięci. Mój problem był o tyle większy od kłopotów kolegów, że jeszcze nigdy nie jechałem w nowy, a ten pierwszy raz wypadł właśnie w ów cholerny deszcz. Łoiło bezlitośnie i bez przerwy, a my jechaliśmy bardzo szybko, jak na mnie zdecydowanie za szybko – jakieś 28 km na godzinę. Z reguły jechaliśmy grupą zajmując całą połówkę jezdni choć rola prowadzącego wcale nie była przez to mniejsza, reszta regularnie chowała się za niego. Potrafiłem prowadzić, robiłem to nawet z niezłą prędkością, tym łatwiej im teren wiódł ostrzej pod górę. Na zjazdach jednak brakowało mi odwagi, brawury, a przede wszystkim doświadczenia. Koledzy wyprzedzali mnie więc regularnie na zjazdach. Po kilku kilometrach takiej mordęgi doszedł jeszcze jeden element – burza. Nad Supraślem i Białymstokiem rozpętała się regularna burza, z grzmotami, błyskawicami oczywiście również z ulewą. Pomimo tego żaden z nas nie zdecydował się zwolnić czy zatrzymać, zdaje się, że wszyscy chcieli być już jak najprędzej na miejscu. Co chwila ktoś pakował się w dziurę w szosie, przypomnę, że odcinek Krynki – Białystok jest znany z nawierzchni o bardzo słabej jakości. W dodatku było ciemno, jak na mnie zdecydowanie za ciemno, doceniłem wówczas przydatność lampek, które koledzy mieli na głowach, a ja nie. Otuchy nabrałem w Supraślu a powodem był rząd latarni oświetlających drogę. Nie bez znaczenia była również zdecydowanie malejąca odległość – zostało zaledwie 12 km do mety. Zbliżaliśmy się jednak bez wątpienia do epicentrum burzy równie prędko jak do mety. W Białymstoku deszcz nagle ustał a jedynym i największym problemem były ogromne kałuże wody, które przejeżdżające samochody skwapliwie wylewały na nas.

W zasadzie nie miałem siły się cieszyć po przyjechaniu na metę. Zmarzłem i zmokłem, ratowałem się szybko wypitym mocnym alkoholem a i tak nie mogłem opanować szczękania zębami. Oczywiście Karol i Jacek dotarli na metę już dawno, Karol zdecydowanie z najlepszym czasem, ale Jacek zdecydowanie przed nami. Nie było to miłe, ale nie pocieszył mnie również fakt, że Paweł i Piotr jeszcze nie dotarli do Krynek, gdzie dzielnie opierając się burzy czekała na nich Lucyna. Jak się później okazało Krynki zaliczyli dopiero ok. 1-szej w nocy.

Lucyna upewniła się czy na pewno jadą dalej, czy nie trzeba ich po prostu zawieźć do Białegostoku. Chłopcy byli jednak w świetnych nastrojach, zjedli, popili i ruszyli dalej w drogę. Na metę dotarli w okolicach 4-tej nad ranem gdzie przywitał ich dobrym słowem Darek Jelski.

Następny brevet, 600 km, odbędzie się 2010-08-07, a zanadrzu mamy coś jeszcze w sezonie wakacyjnym – ultrabrevet na dystansie 1000 km!