Okiem organizatora - reportaż z brevetu 600 km

Po raz pierwszy przyszło mi organizować przejazd nie uczestnicząc w nim jednocześnie. Nie wystartowałem ponieważ odciągnęły mnie inne zawody sportowej natury, ale nie ukrywam – 600 km to dystans, na który trudno byłoby mi się porwać. Z niejaką wdzięcznością wskoczyłem więc w rolę osoby, która dba by zawodnicy na trasie mieli wszystko czego potrzebują.

Długo trwały pertraktacje w gronie organizatorów na temat godziny startu. Bezwzględna prawda była taka, że im wcześniej uda się wypuścić zawodników na trasę, tym dłużej skorzystają ze światła dziennego i będą mogli przejechać dłuższy dystans. Jednak centralny punkt kontrolny (znów w dobrze znanych Krynkach) znajdował się na 300-tnym kilometrze więc zawodnicy, którzy będą chcieli dłużej odpocząć lub się przespać a jadą szybko, będą tam zwyczajnie zbyt wcześnie – np. o 17-stej czy 19-stej. Finalnie więc start przesunęliśmy z 6:00 na 8:00, oczywiście w sobotę. Karty zostały przygotowane i wypisane, zawodnicy zostali „wystartowani” bardzo sprawnie przez wolontariuszy. A skład mieliśmy ciekawy – z białostockich twardzieli, na parkingu Jaroszówki pojawił się tylko Karol Andrzejewicz, drugim, który już wcześniej u nas startował był Maciej Bidacha z Warszawy. Nowymi uczestnikami byli dwaj kolarze z Warszawy, Czarek Urzyczyn oraz Waldek Kobla. Obaj zdecydowali się na wzięcie udziału w naszym brevecie ze względu na mający się niebawem odbyć Bałtyk Bieszczady Tour, którego dystans to ponad 1000 km. Czarek postanowił się na naszym brevecie sprawdzić, Waldkowi przejechanie takiego dystansu było potrzebne jako eliminacja do wspomnianego BBT.

Po zrobieniu odpowiednich zakupów udaliśmy się do Krynek, tam zorganizowane zostały dwa punkty kontrolne – środkowy, ze spaniem i obiadem (300 km) i ostatni przed metą (550 km). Miejsce okazało się wymarzone – wielka szkoła podstawowa i gimnazjum, w którym w lecie organizuje się schronisko młodzieżowe. Budynek otworzyła nam kierowniczka, pokazała ogromną kuchnię, prysznice, pokój do spania, przekazała do wszystkiego klucze… po czym spokojnie poszła do domu. Rozgościliśmy się pełną gębą, ale mieliśmy na uwadze, że już niedługo coś się zacznie dziać. W pogotowiu, do dyspozycji zawodników mieliśmy: kotlety i pierogi z mięsem (wyprodukowane przez ciocię Ziutę), masę słodyczy, kanapki, słodkie bułki, izotoniki, kawę i herbatę, oczywiście także wodę do zalewania kolarskich mikstur.  Lucyna oraz ja rozleniwiliśmy się trochę kiedy to wpadli do szkoły nasi wolontariusze, Krzysztof Żelazowski i Darek Jelski. Zaaferowani rozliczyli się zaraz z forsy, a już niebawem wpadł za nimi Karol. Muszę jeszcze dodać, że dojeżdżając do Krynek złapała nas piekielna burza i ulewa, tak potężna, że musieliśmy czekać na poboczu aż się trochę uspokoi. Współczuliśmy Karolowi, ale okazało się, że przyjechał suchutki, a o burzy w ogóle nie słyszał. Zabrał tylko coś słodkiego, wypił kawę, podziękował za kotlety, uzupełnił wodę i zdecydował, że jedzie dalej. Ponieważ obawiał się, że w nocy może być chłodno, założył ocieplacze na ręce i nogi i chwacko pojechał. Mniej więcej godzinę po Karolu przyjechał Czarek Urzyczyn, postanowił spokojnie zjeść, umyć się i trochę poleżeć w sali na łóżku. Jak powiedział tak zrobił, był spokojny, wyluzowany, wiedział czego chce i co ma robić dalej. Odpoczywał znacznie dłużej niż Karol, ale nadal zdecydowany był jechać. Zdziwiło nas trochę, że ubiera się znacznie lżej niż poprzednik, ale przecież każdy preferuje inny styl jazdy i ma inne potrzeby. Czarek wsiadł na rower w momencie gdy zapadał zmierzch, dokładnie wówczas przyjechał Maciej Bidacha.

Maciek także zdecydowany był jechać w nocy, ale postanowił odpocząć znacznie dłużej niż Czarek. W międzyczasie dojechało dwóch Niemców, Harald i Ralf – zdecydowanie chcieli porządnie zjeść, odpocząć i się przespać. Niespiesznie się umyli, wypili piwo i rozgościli się w naszej sali szkolnej, w której mieliśmy do dyspozycji kilkanaście łóżek. Maciej patrzył na nich bazyliszkowym wzrokiem, wsiadał na rower, zsiadał, znów patrzył, znów wsiadał i tak chyba z pół godziny. Wreszcie zwyciężyła chęć pokonania Niemców i wyruszył, było już ciemno, ale nie padało, pomachaliśmy mu, postanowiliśmy sprzątnąć kuchnię i czekać na ostatniego zawodnika, Waldka Koblę. Było jeszcze zbyt wcześnie byśmy mogli z Lucyną położyć się spać, za to dla Ralfa i Haralda wcale nie było za wcześnie, po zjedzeniu i wypiciu piwa po raz kolejny utwierdzili się w przekonaniu, że nie warto jechać na noc i postanowili się położyć.

Przypomnę, że limit godzin na 600 km wynosi aż 40 godzin, takie postępowanie wydało się nam jak najbardziej racjonalne. Jak wiele mieliśmy racji miało się okazać w ciągu najbliższej nocy. Próbowaliśmy położyć się spać, wiedzieliśmy, że możemy być potrzebni lada moment, w miarę wypoczęci i trzeźwi (zazdrościliśmy Ralfowi i Haraldowi, że mogą spokojnie wypić piwo na sen). Zaledwie zaczęliśmy przysypiać gdy pojawił się ostatni jeździec burzy – Waldek Kobla – musiało być już około północy.  Przy kolacji, kotletach i ciastkach, rozpoczęły się nocne Polaków rozmowy, utyskiwanie na pracodawców, pijaków, gradobicie złych ludzi i wściekłe psy. Gadało się bardzo miło, umykająca noc zmusiła nas jednak by położyć się spać, wygoniliśmy Waldka i legliśmy w naszej wspólnej sali. Nie udało mi się usnąć szybko, a później już było to niemożliwe. Waldek rozpoczął koncert noworoczny na swoich płucach, strunach głosowych i gardle, chrapał tak zawzięcie i głośno, że o przyśnięciu nie było mowy. Na szczęście życie rozpisało ciekawszy scenariusz niż walkę snu z chrapaniem – zadzwonił Maciej, że odjechał zaledwie 30 km od Krynek, jest przed wjazdem na Szlak Tatarski, w Drahlach i nie daje rady dalej jechać ponieważ zewsząd otacza go burza – zrezygnował i przemókł, poprosił żeby go przywieźć. Ponieważ w terenie orientuję się jak dziecko we mgle więc wziąłem Lucynę na przewodnika i pojechaliśmy holować Macieja. Rzeczywiście siedział zmarznięty i zmoknięty na przystanku, był zmęczony ale niespecjalnie zmartwiony. W drodze powrotnej oświadczył, że jutro nie podejmuje już próby jazdy. Resztę drogi (noc, burza, pioruny, wściekłe psy, Tatarzy dookoła) spędziliśmy na rozmowy o literaturze japońskiej. Maciej rekomendował najnowszego Murakamiego, zrewanżowałem się wiedzą na temat technik ćwiartowania zwłok zaczerpniętą z kryminału Kirino Natsuko. Lucyna tylko głośno przełykała ślinę ze strachu.

Jak tylko ogarnęliśmy naszą kuchnio – jadalnię i zapędziliśmy Macieja do sypialni to jak duch pojawił się Waldek, w pidżamie, ale z telefonem w ręku, który mi wręczył. Okazał się, że Czarek Urzyczyn, zważywszy na moc swojej lampki, burzę oraz Puszczę Białowieską, w którą właśnie miał wjechać również zdecydował się przerwać brevet. Tu potrzebne jest jedno wyjaśnienie. Punkt kontrolny na 425. kilometrze został zorganizowany w sklepie Przy Śluzie w miejscowości Przewięź, blisko Augustowa. Z wiadomych względów sklep ów był zamknięty w nocy więc na tę placówkę został wydelegowany jeden z wolontariuszy, Jurek Wrzosek, który miał tam pełnić rolę wartownika do rana lub do ostatniego zawodnika. Zadanie swoje sprawował dzielnie. Czarek oznajmił coś takiego – jestem na 380. kilometrze, poczekam aż przejdzie burza i pojadę na najbliższy punkt z człowiekiem od nas, czyli właśnie do Przewięzi. Szczęśliwie lub nieszczęśliwie za Czarkiem nikt już nie jechał (Niemcy spali, a Waldek nie, ale był w schronisku) więc Jurek czekał tylko na Czarka. Zdecydowaliśmy więc, że Jurek pojedzie do Czarka i przywiezie go do schroniska. Po tym zajściu wreszcie mieliśmy zamiar chwilę się przespać. Wybrałem łóżko blisko wejścia Lucyna położyła się trochę dalej, jak się okazało między Waldkiem a Maciejem. Waldek oczywiście zaczął piłować, ale tego już oczekiwałem. Najciekawsze, że Maciej zaczął świstać, obaj z Waldkiem wydawali te dźwięki w przeciwfazie, jakby się umówili. Nie mogłem usnąć bo panował hałas jak w zajezdni autobusowej, zresztą przez długie minuty zastanawiałem się nad mechaniką tak idealnej synchronizacji. Gdy już ze zmęczenia przysypiałem odezwało się walenie w szklane drzwi – oczywiście Jurek przywiózł Czarka i jego sprzęt, ze spania znów nici. Czarek nie był specjalnie zmartwiony, stwierdził, że chciał się przetrzeć przed BBT, ale nie wjechał do puszczy ponieważ nie był w stanie zaufać swojej marnej lampce, w dodatku świadomość szalejącej burzy też zrobiła swoje. Właściwie to jak tylko udało się położyć Czarka to znów usłyszałem walenie w drzwi – to był Karol, który zrobił już 250-kilometrową pętlę po puszczy i zameldował się właśnie na 550. kilometrze. Podstęplowałem Karolowi kartę i wiedziałem, że szybko musze wyruszać do Białegostoku żeby powitać go na mecie, ponownie podpisać kartę i zakończyć jego brevet.

Ralf, Harald i Waldek prosili żeby ich obudzić o 5:00, tak też zrobiliśmy. To właśnie podczas ich śniadania przez szkołę przemknął Karol. Chłopaki szykowali się do drogi dość powoli, ale metodycznie, niby pospali całkiem porządnie i długo, ale jednak mieli w nogach wczorajsze 300 km i tyle samo przed sobą. Ich nastroje były całkiem niezłe, trochę się jednak popsuły gdy wystawili rowery przed szkołę ponieważ zaczął padać deszcz. Jak się później okazało był to tylko chwilowy kłopot ponieważ w ciągu dnia mieli przez całą drogę znakomitą pogodę, ale w chwili startu do drugiego etapu naprawdę nie było im do śmiechu. Waldek zdecydował się jechać z niemiecką drużyną, a Niemcy zdecydowali się jechać z Waldkiem, to był dobry prognostyk.  Pożegnaliśmy tę trójkę i wyruszyłem do Białegostoku przywitać Karola – dojechał o 6:50 czyli brevet zajął mu 22:50 minut – czas świetny, nie ma co ukrywać.

Po powrocie do szkoły w Krynkach uświadomiliśmy sobie, że mamy bardzo dużo czasu, ponieważ zawodnicy będą tu z powrotem za 10-12 godzin. Zrobiliśmy więc dwie interesujące rzeczy. Pierwsza z nich to zwiedzanie Supraśla. Tak się złożyło, że tego dnia odbywał się w tym mieście jeden z serii maratonów Mazowia MTB, z przyjemnością obejrzeliśmy więc zawodników, start do wyścigu oraz spróbowaliśmy podlaskich potraw serwowanych przy okazji tej dużej imprezy. Przy okazji Lucyna zdecydowała się na zwiedzanie muzeum ikon, ja w tym czasie zdecydowałem się na leżenie na trawie. Drugą interesującą czynnością, której się oddaliśmy był sen – wreszcie kilka godzin po poszarpanej wydarzeniami nocy udało się przespać. Później zalegliśmy na kocu przed szkołą i czekaliśmy na naszą trójkę. Przyjechali ok. 19-stej, zmęczeni, ale za to w komplecie, udało się tak dopasować tempo by można było dojechać całą grupą. Nakarmiliśmy, napoiliśmy i wyprawiliśmy Waldka, Haralda i Ralfa w ostatni odcinek trasy, a sami szybko „zdaliśmy” szkołę i wyruszyliśmy w drogę do Białegostoku.

Na mecie, po ok. 2 godzinach od wyruszenia z Krynek ostatniej grupy, spotkaliśmy się w komplecie z wszystkimi wolontariuszami, zawodnikami, którzy szczęśliwie dojechali przed zmrokiem oraz Karolem, który w cywilnym ubraniu pojawił się na parkingu Jaroszówki.