Relacja z brevetu 200 km, 10.04.2011

BREVET 200
by Gemsi

Mniej więcej rok temu wzięło mnie na jazdę na rowerze poziomym. Najpierw wykonałem pożegnalną wycieczke Warszawa – Hel – Warszawa na rowerze pionowym, a potem zabrałem sie za treningi na poziomie, rozwijałem systematycznie swoje mieśnie „poziome” w międzyczasie poprawiąjąc i budując kolejne rowery. W październiku 2010 roku zbudowałem trzeci rower. Budowany był z przeznaczeniem do jazdy po asfalcie. Mając TAKI rower zacząłem się rozglądać za imprezami rowerowymi na których mógłbym sie pościgać z innymi rowerami. Niestety w większości wyścigów szosowych zabroniona jest jazda na rowerze poziomym ( o dziwo na góralu można jechać ).

 

Jednym z nielicznych imprez na których można startować dowolnym pojazdem poruszanych siłą ludzkich mięścni jest cykl imprez organizowanych przez Fundację Randonneurs Polska ( http://www.randonneurs.pl/ ). Zdecydowałem sie na start w brevecie 200 km ( a dokładnie 210 ), który odbył sie 10.04.2011 roku. Jak tylko na stronie fundacji pojawił się formularz rejestracyjny niezwłocznie się zarejestrowałem i udało mi się namówic jeszcze jedną osobą. Na miejsce udaliśmy się w sobotę, nocleg mieliśmy 50 m od miejsca startu. Jeszcze w sobotę zrobilismy szybki przejazd trasy ( samochodem ). W czasie jazdy staralismy się bagatelizować podjazdy i pocieszalismy się że nie będzie źle.
Po powrocie do hotelu, sprawdzilsmy prognozę pogody ( wiatr 30 kmh wiejący z pólnocy, czyli zapowiadało sie około 100 km pod wiatr ).
Wstalismy rano. Przywitało nas piekne słońce i bezwietrzna pogoda. Chwilę zastanawiałem jak sie ubrać, w końcu zdecydowałem się na bielizne termoaktywną + długie spodnie, oraz dodatkowo koszulka termoaktywna i gruba bluza rowerowa.
Wylogowaliśmy się z hotelu, przy pierwszym punkcie kontrolnym który pełnił również punkt rejestracyjny, stał juz grupka kilkunastu kolarzy, jak tylko pojawiłem sie w zasięgu ich wzroku, wraz z moim rowerem, widziałem że jestem dosyć intensywnie obserwowany, w końcu dziwnośc mojego reweru została skwitowana wymownym milczeniem i próbą ignorowania nieznanego.
Odprawa poszła gładko i szybko, jednak kilka minut przed startem zaczęło wiać, w związku z taką zmianą postanowiłem do moich ciuchów dołozyć jeszcze jedną warstwę w postacji kurtki.
Wystartowaliśmy punktualnie o godzinie 8, pierwsze metry były z górki. Zacząłem jechac swoim tempem, stwierdziłem że nie ma co sie przyglądać sposobowi w jaki ten dystans robią doświadczeni zawodnicy, bo znam swoje mozliwości i wiem w jakim tempie jechać, zacząłem spokojnie i od razu wylądowałem 200 metrów przed wszystkimi, przez około 5 km jechałem zadowolony, dumny i podspiewując we are the champions, srednia miałem powyżej 31 kmh, wogóle nie odczuwałem podjazdów i byłem mistrzem. Niestetu po 5 km zaczęło się… Panowie na szosówkach zaczęli mnie powoli mijać, a ja zacząłem odczuwać podjazdy, czekałem z nadzieja na zjazd, ale za każdym podjazdem pojawiał sie kolejny podjazd, jechałem na mocno zredukowanych przełożeniach, dodatkowo jazdę utrudniał silny wiatr, kiedy moja predkość na podjazdach spadła do 8 kmh, a średnią zaczęło dramatycznie pikować w dół ( miałem już 26kmh ) zacząłem sobie przypominać wszystkie dyskusje na temat tego ze rowero poziomy jest kiepski na podjazdach, że jednak waga ma spore znaczenie, że … itd. Moj stan depresyjny pogłębiał sie coraz bardzie, zwłaszcza że zostałem wyprzedzony przez „górala” na szerokich oponach ( ja miałe wąskie 1″ opony, a on miał prawie dwa razy grubsze i do tego niskocisnieniowe ), moja duma została urazona, moj poziom stresu wzrósł znacznie, za chwile zostałem wyprzedzony przez Cypriana ( kolega którego namówiłem na jazdę ) i widziałem jak sie odddala, a ja kląc na los jechałem na kolejnym zjeździe, który okazał sie podjazdem ponieważ jak pedałowałem nie mogłem wycisnąć więcej niz 22 kmh. Mniej więcej po 25 km trasy byłem wykonczony, załamany, na dobitke zostałem wyprzedzony przez pana w wieku seniorskim ( 60+ ), który również jechał na góralu, w czasie tych nieszczesnych kilku ( nastu ) km walki z oporami sprawdzałem ( nie schodząc z roweru ) czy nie złapałem gumy, ale wszystk obyło ok. Moja średnia spadła juz w okolice 20 kmh, a zakladałem że zrobię ten dystans w około 9 h, na co potrzebowałem sredniej w granicach 26kmh. W pewnym momencie stwierdziłem że to jest niemożliwe, przypomniało mi sie jak ujeżdzałem ten rower jeszcze tydzien wczesniej i wszyscy z którymi jezdziłem mowili że ma niesamowite odejście na płaskim, o zjazdach nie wspominając. Zatrzymałem sie na 35 km, sprawdziłem tylne koło : OK, sprawdziłem przednie : OK… chwila, chwila, prawy zacisk hamulca blokował koło. Walnąłęm sie otwartą ręka w głowę, przez 10-12 km jechałem z zacisniętym hamulcem, o ja męczennik… trudno, za głupotę się cierpi, stattystyka została nakarmiona, teoretycznie odcierpiałem wszysytko co mogłoby sie stać na trasie. W chwili gdy wsiadałem na rower zostałem dogoniony przez „wóz techniczny”.

 

Na szczęście moja załamanie przeminęło jak ręką odjął, więc na zdjęciach mogłem się uśmiechać. Moja prędkość dramatycznie wzrosła, w końcu mogłem jechać tak jak lubie, podjazdy w granicach 20 kmh, zjazdy w okolicach 50 kmh, na pierwszy punkt kontrolny w Krynkach wpadłem z predkością 57 kmh, po drodze wyminąłem dwie osoby ( w tym pana na góralu ), na punkcie kontrolnym w Krynkach dojechałem do kolegi na góralu ( tym z grubymi oponami ) i jeszcze jedną osobę na kolarce.
Kolejny punkt kontrolny został postawiony na 88 km w Kozienicach, jednak droga do tego punktu była wytyczona po asfalcie bardzo dobrej jakości, niestety droga nie była osłonięta niczym i przy tej predkości wiatru jazda była mocno utrudniona, zauwazyłem ze dzięki mojej leżącej pozycji jestem w stanie dużo sprawniej radzic sobie z oporami powietrza niz panowie na szosach, jestem w stanie nawet szybciej wspinać się na górki. Wiatr wiał w twarz, koledzy na szosówkach powoli zaczynali się kręcic na swoich twardych siodełkach, ja jechałem troszkę tylko przeklinając sporą strate energii i czasu w pierwszym etapie, chwaliłem sam siebie za to że zabrałem kurtkę, naciagnąłem na uszy kaptur, włączyłem muzykę i delektowałem sie słońcem i parłem przed siebie. Trasa została wyznaczona tak że nie prawie wcale nie trzeba było sie przejmować samochodami. 15 km przed drugim puktem kontrolnym wyprzedziłem jednego z kolarzy, który nieco sie zagubił i nadłozył 5 km trasy, chwilę jechaliśmy wspólnie, jednak wiatr mocno go wstrzymywał, w efekcie na którymś z dłuższych zjazdów uciekłem i dogoniłem jeszcze jednego obywatela na rowerze szosowym. Na punkcie kontrolnym podbiłem kartę brevetową, zapodałem kanapke, do kieszeni władowałem kilka żelków, uzupełniłem zapas wody, pogadalismy troche z twoazyszami niedoli, ja zostałem jeszcze aby dokonczyc kanapke, a czterech panów pomknęło na nastepny punkt w Nowym Dworze. Wyjechałem mniej wiecej po 5 minutach i delektujac się słońcem, muzyką i gładkim asfaltem gnałem pod wiatr, po drodze wyprzedziłem jednego kolarza, w Nowym Dworze straciłem kiulka minut na znalezienie punktu kontrolnego. Po podpisaniu karty brevetowej ruszyłem w podróż do Kozienic, ale teraz to była bajka, ten etap przejechałem ekspresowo dzięki wiatrowi w plecy, 500 m przed punktem kontrolnym w Kozienicach dopadłem 3 kolarzy którzy mi uciekli. W Kozienicach podbiłem kartę, poprawiłem słuchawki w uszach i ruszyłem do kolejnego punktu w Krynkach. Droga wiodła dalej przez gładki asfalt najważniejsze wiatr cały czas sprzyjał. Po wyjeździe zgubiłem się tylko raz, ale kosztowało mnie to tylko 300m. Straty dużej nie było ale wystarczyło aby dopadło mnie dwóch szosowców. Walcowaiśmy się przez kilka km, raz oni byli z przodu, raz ja, a potem się okazało że chłopaki sobie gawędzili  miło i jak na którymś podjeździe wyprzedziłem ich i za bardzo sie oddaliłem, panowie stwierdzili że tak się bawić ze mną nie będą i mi uciekli. Nie to nie, płakac po nich nie będę i tak nie wiem o czym gadali bo miałem słuchawki na uszach, co prawda doszły do mnie insynuacje że niby mam silnik zamontowany ale puściłem to z wiatrem :) . W zasadzie jazda powrtona bya bardzo przyjemna, podjazdy oznaczały że będą zjazdy, prędkościomież niejednokrotnie pokazywał predkosci 40+ i 50+, było to o tyle istotne że przy dojeżdzaniu do ostatniego punktu ktory był pod wiatr, moja predkość średnia spadła poniżej 19 kmh, a przy takim tempie jak z wiatrem zacząłem szybko odrabiać straty i prędkość zaczęła rosnąć, udało mi się wyciągnąć na 21kmh. Oczywiście nie byłem w stanie odrobić strat energii którą straciłem na jazdę z zaciśniętym hamulcem ( tę lekcję zapamiętam na długo ). Na przedostatni punkt kontrolny w Krynkach wjechałem samotnie, pani przybiła pieczęś, pozwoliła skorzystać z toalety, uzupełniłem płyny i kalorie i pojechałem dalej. Ostatni odcinek do białegostoku charakteryzował się paskudnym asfaltem, pędzącymi samochdami i pozostawionym złym wrażeniem z poranka ( nieszczęsny hamulec ). Odliczałem kolejne kilometry, popijałem napój izotoniczny którego miałem już serdecznie dosyć i walczyłem z nierównym asfaltem. Cały czas waczyłem dzielnie ( mój plan minimum to 200 km w czasie poniżej 10 godzin ), w Supraślu ( 10 km do celu ) GPS pokazal dystans 200 km w czasie 9:59, wobec wykonania planu minimum pozwoliłem sobie na chwilę wytchnienia i rekreacyjnie zjechałem na ścieżkę rowerową z której to zjechałem po 2 km ( ktoś to nieźle wymyślił, bo podczas kiedy na ulicy zaczynał się zjazd ścieżka zaczynała wspinać się w góre na jakby specjalnie przygotowany nasyp ). Kolejne kilometry dodawały się do zdobytych 200 i tak wraz z coraz niżej schodzącym słońcem zbliżałem się do celu, w końcu wjechałem na ostatni podjazd, i wesoło zjeżdzając z ostatniego zjazdu, wykonywałem ostatnie ruchy korbą. Na miejscy zameldowałem się o godzinie 18:31, oddałem kartę brevetową, wykonałem wszystkie czynności konieczne do homologowania mojego przejazu i kategorycznie odmówiłem przyjecia napoju izotonicznego od organizatorów, za to z rozkoszą rzuciłem się na kanapkę z serem i butelkę niegazowanej wody. W zasadzie miałem ochotę się przebrać w ciepłe i suche ciuchy, ale moje ubrania były zamknięte w samochodzie, a kluczyk od samochodu miał Cyprian, a Cyprian był za mną jakies 30 km, a to oznaczało 90 minut oczekiwania i tak tez było, przez 90 minut siedziałem na ostatnim punkcie kontrolnym. W tym czasie wytlumaczylem kiku osobom co to za „samoróba”.

 

A teraz kilka wniosków końcowych :
Pierwsza osoba przyjechala po 8 godzinach, a tak na preade to nie osoba tylko peleton, panowie kolarze którzy jeżdzą ze sobą często pyknęli to szybciutko i bez wielkiej napinki ( podobno jakby nie witr to byliby godzine wczesniej )
Za mną przyjechało jeszcze 5 osób, w tym był tylko jeden rowerzysta na rasowej szosie, jeden ( godzine po mnie ) to byl góral na oponach MTB, pozostali zawodnicy uzywali opon 1″
Rower poziomy faktycznie bardzo łądnie radzi sobie na płaskim i zjazdach, na podjazdach tez pod warunkiem że nie ma zacisniętej szczęki :)
Moj rower był najcięższy ze wszystkich, dodatkowo dociążało go : 3 litry izotonika, 1.5 kg narzędzi i kilka kilo mojej nadwagi ( pora zrzucic kilka kg zbednej masy z siebie, nastpenie z roweru )
Biorąc pod uwage wysokość roweru zakładam że lowracer radziłby sobie świetnie, lowracer z tailboxem jeszcze lepiej.
Na pewno udało mi się dowieść że wiatr wiejący w twarz mniej mi przeszkadzal niz panom kolarzom, na pewno komfort podróży był nieporównywanie niższy ( w zasadzie na 180 km zacząłem się nieco wiercic na fotelu )
Oszczędzając prawe kolano ( jakoś bardziej się przeciąża ) nadwyrężyłem lewe kolano.
W dniu następnym po brevecie jestem w stanie chodzić po schodach, i myślę że dałbym radę spokojnie przejechać 100 km w tempie spacerowo rekreacyjnym.
Mam nadzieje że wystartuje jeszcze w podobnej imprezie.

dane z GPSa ( włączylem po ~500 m )
dystans 209.54km
czas : 10:30:08
Avg Pace : 3:00 / km
Avg Speed : 20.0 km/h
Max Speed : 61.2 km/h ( w szóstej godzinie jazdy )
spalone kalorie – 7199

suma podjazdów : 1866 m!