Po 200 km nie zakąszam! Relacja Grzesia z brevetu 300 km

Cygara, whisky, quad, piwo, mnóstwo jedzenia, piękne kobiety – można by rzec, że drugi brevet zaczął się zwyczajnie. Świadomi jak bardzo wspomniane przyjemności wpływają na nasze możliwości w przeddzień wyścigu staraliśmy się bardziej oszczędzać nasze organizmy i nie doprowadzić się do stanu sprzed 3 tygodni kiedy to organizowaliśmy i braliśmy udział w pierwszym brevecie. Udało się całkiem nieźle, choć, nie ukrywam, mogło być lepiej. Ranek zastał nas więc w niezłej kondycji, szatańsko mocna kawa i talerz owsianki bardzo pomogły, poczuliśmy, że jesteśmy w stanie przejechać te zaplanowane 3 setki. Mówiąc ściśle – personalnie to właśnie ja doznałem tego olśnienia, czułem się dobrze, a przejechany brevet 200 km dawał pewność, że i teraz podołam.

 

Na starcie oszałamiająca liczba zawodników – 7, postęp więc 40% w stosunku do poprzedniego brevetu. Łatwo policzyć, że utrzymująca się taka huraganowa dynamika wzrostu spowoduje, że pod koniec przyszłego sezonu będziemy mieli na starcie ponad 100 zawodników! Ciekawe, że znów pojawili się u nas kolarze na górskich rowerach, zdający sobie sprawę, że będą mieli ciężej niż ci na szosówkach, ale całkiem pewni, że dadzą radę uporać się z dystansem. Z niepokojem spoglądaliśmy w niebo, wczoraj deszcz padał prawie przez cały dzień, na czas wyścigu prognozy również nie były najlepsze – miało padać umiarkowanie mniej więcej do południa, a później nawet się nieco rozjaśnić. I tu mieliśmy ogromne szczęście – wyłączając kilkukilometrowy odcinek gdzieś przed pierwszą setką kiedy odrobinę mżyło, resztę trasy zrobiliśmy zupełnie suchym asfaltem. Fart był tym większy, że już przy wyjeździe z Białegostoku do Warszawy zaraz po wyścigu, zaczęło padać. Ale do rzeczy.

 

Biuro na parkingu sklepu Jaroszówka wypuściło pierwszego zawodnika kilkanaście minut po 6 rano, na którą zaplanowaliśmy start. Pozostali musieli czekać na wypełnienie kart brevetowych – jako organizatorzy bijemy się w piersi, nasz błąd, następnym razem wypuścimy całą grupę kilka minut po szóstej. Zawodnicy jak zwykle wyjeżdżali co kilka minut, Irek i ja, jako gospodarze imprezy, oczywiście na końcu, była prawie 6:30 gdy zaczęliśmy kręcić. Przed rajdem umówiliśmy się tak – zaczynamy wolno i spokojnie bo dystans jest długi, a później zobaczymy na co nas będzie stać. Od samego początku na czele stawki znajdował się Karol, zdecydowanie najmocniejszy zawodnik z nas, ale wcale nie miał tak łatwo bo okazało się, że po kilkunastu kilometrach został doścignięty przez Jacka. Jechali razem przez kilkadziesiąt kilometrów i wydawało się, że współpraca przyniesie bardzo dobry efekt, mieli dobre tempo i zmieniali się na prowadzeniu. Jak później opowiadał Karol, był jednak pewien kłopot, u którego podstaw leżała różnica w masie. Karol waży jakieś 50-60 kg, Jacek, znacznie więcej. W efekcie ten drugi zjeżdżał z prędkością światła, a Karol, nawet pedałując z pełną siłą, zostawał z tyłu. Później sytuacja się zmieniała bo Jacek nie wjeżdżał już tak szybko pod górę i wówczas Karol go dochodził. I tak w koło Macieju, górka, dołek, górka, dołek. Współpraca obydwu mocarzy skończyła się w momencie gdy Jacek złapał gumę – nie miał wyjścia, musiał odpuścić Karolowi.

 

Jadąc z Irkiem dość spokojnie doszliśmy Sylwka na góralu. Sylwek powiedział – wiedziałem, że mnie dojdziecie, ale nie spodziewałem się, że tak szybko. Wzięliśmy go za siebie i staraliśmy się jechać równym tempem, ciągnąc równymi, ale dość długimi zmianami. Na pierwszym punkcie otarliśmy się jeszcze o Darka i Piotra (ten pierwszy na góralu, drugi na pożyczonym rowerze szosowym), my zaczynaliśmy przerwę, oni kończyli, więc elegancko zniknęli nam z zasięgu gdy tylko zajechaliśmy przed sklep z punktem. Do 50-kilometra, czyli jeszcze kilka kilometrów za drugim punktem, jechało mi się dobrze i lekko, byłem nawet w stanie podziwiać uroki podlaskiego i zerkać ciekawie na białoruską stronę granicy. Jak tylko na liczniku wybiło 50 km to uszło ze mnie powietrze, spuchłem, zmęczyłem się i ledwo wlokłem się za Irkiem. W dodatku zaczęło mi się potężnie kręcić w głowie i pojawiły się odruchy wymiotne. Ten piekielnie uciążliwy stan zmienił się jak ręką odjął mniej więcej na 80 kilometrze, tuż przed trzecim punktem kontrolnym. Dojeżdżając do Kuźnicy (3 punkt) zauważyliśmy na przystanku Jacka, który zmieniał dętkę, Irek został zapytać się czy wszystko ma, Sylwiek i ja dojechaliśmy do punktu, Irek z Jackiem kilka minut po nas.

 

Jacek był mocniejszy od nas – to wiadomo – ale odszedł nam szybciej niż się spodziewaliśmy, zniknął nagle na jedną z górek. Irek oczywiście postanowił doścignąć gościa, ale dospawaliśmy się do niego dopiero za kilka kilometrów. Pogoń była szybka, choć nie szaleńcza ale wystarczyła by zgubili się Sylwek z Piotrem, przypomnę, że ten pierwszy na góralu. Jak Jacek zobaczył, że ma nas dwóch na kole to dopiero zaczął się wściekać jakby diabeł w niego wstąpił. Około 20 kilometrów jechaliśmy ze średnią prędkością ok. 45 km/ h, szczerze mówiąc z ledwością dawałem radę jechać kolegom na kole, w dodatku Jacek postanowił nas zgubić i zdecydowanie cisnął na górkach. Trudno było jak diabli, ale udało się, dojechaliśmy do kolejnego punktu. Tyle, że Jacek zaraz pojechał, a my musieliśmy odpocząć, nie stać nas było na dalszą gonitwę bez zaczerpnięcia oddechu. Dojechał nas Piotr, razem wyruszyliśmy do Rygola, w którym była połowa trasy i nawrotka. Jechaliśmy spokojnie i równo choć wcale nie wolno, opłaciło się, bo przed Rygolem ujrzeliśmy Jacka. Udało się go dojść i razem dojechać do najbardziej na północ wysuniętego punktu trasy. Dojeżdżając pomachaliśmy Karolowi, który wyjeżdżał, w kilometrach miał tylko 6 przewagi, ale czasowo znacznie, znacznie więcej.

 

Stoły w Rygolu uginały się od jedzenia: pierogi, kotlety, kanapki, ser, batony, słodkie bułki i odpowiednie picie – to wszystko mieliśmy do dyspozycji. Najedliśmy się i napiliśmy do syta. A nawet do przesytu, kolejne kilometry miały nam pokazać, że za to obżarstwo koniecznie musimy zapłacić. Rozmawiając z Krzysztofem, który był wolontariuszem na tym punkcie zatroszczyliśmy się o Karola, czy zjadł, napił się i czy ma prowiant na dalszą drogę. Okazało się, że Karol stwierdził, że przed dwusetką nie zakąsza, wziął batona na później i pojechał dalej. Na tym punkcie byliśmy równo w południe, było ciepło, słońce nieśmiało wyglądało zza chmur, a płynąca nieopodal Czarna Hańcza uzupełniała ten niesamowity nastrój. Trochę zbyt długo siedzieliśmy, nie da się tego ukryć, jedzenie i pieszczoty z suchymi ciuchami (bo zmieniliśmy) zajęły nam całe 40 minut. Oczywiście nie Jackowi, ten szybko zjadł, porozciągał się i pociągnął za Karolem, ciągle liczył na to, że go dojdzie.

 

Zbierając się do wyjazdu spotkaliśmy Sylwka i Darka, którzy właśnie pojawili się w naszej wiacie. Sylwek opowiadał, że w zasadzie największa przejechana przez niego liczba kilometrów jednego dnia to zaledwie 150, że w ogóle w tym roku udało mu się zrobić tylko 300, że bolą go kolana a kolega  nie wierzy, że jest w stanie ten dystans przejechać. Sylwek wyglądał jednak bardzo rześko i świeżo, byłem pewien, że będzie jechał rozsądnie i da sobie radę i tak się rzeczywiście stało.

 

Z kotletami i pierogami w żołądkach ruszyliśmy z powrotem. Daję słowo, że był to najgorszy, najbardziej męczący, piekielny odcinek trasy. Trzydzieści kilka kilometrów, które dzieliły nas od następnego punktu zrobiliśmy z wielkim mozołem, z Irkiem było niewiele lepiej, jak stwierdził „odczuwał pewną fatygę”. Ciągnęliśmy więc obaj zniechęceni do najbliższego punktu, z ulgą zobaczyłem stację benzynową, na której wcześniej zostawił nas Jacek. Razem z nami jechał Piotr, ale w sposób szczególny. Trzymał się na kole kilka kilometrów, później zostawał, później dochodził nas na punktach albo gdy musieliśmy zatrzymać się pod drzewkiem. Krótko mówiąc nie jechał z nami, ale zawsze był gdzieś w pobliżu. Z punktu wyjechaliśmy po krótkiej przerwie, ja osobiście z wielkimi obawami czy dam radę pokulać się dalej.

 

Wtedy stało się coś niezwykłego bo stawałem się mocniejszy z kilometra na kilometr, czułem, że jestem w stanie jechać swobodnie, bez większego wysiłku, prowadzić zarówno pod wiatr jak i pod górkę. Irek zwykle jechał za mną, czasami, jak wspomniałem, spotykaliśmy również Piotra. W dobrej formie dojechaliśmy do Krynek, gdzie przywitała nas informacja, że Jacek (który wedle naszych przypuszczeń powinien być sporo przed nami) zmylił drogę i znów złapał gumę – jak pech to pech. W Krynkach, na ostatnim punkcie przed metą, nie byliśmy zbyt długo, ale i tak Jacek zdążył przyjechać, akurat w momencie gdy zbieraliśmy się do wyjazdu. Okazało się, że źle skręcił, nadrobił 27 km, a nie mając dodatkowej dętki musiał łatkami naprawiać tą, którą miał, a nakleił ich aż siedem! Koszmar. Oczywiście jak tylko ruszyliśmy i pozbyliśmy się nadmiaru wody w organizmie to zaczęliśmy zasuwać jak szaleni, to znaczy ja zacząłem. Irek uspokoił, zaczął prowadzić równym tempem, ale dość szybko, naprawdę nie chcieliśmy żeby Jacek nas doszedł. W klasyczny sposób Piotr „był gdzieś w pobliżu”, zgubił się mniej więcej w połowie dystansu między punktem w Krynkach a metą, na jednej z górek. Mniej więcej w tym samym momencie trasy ja zacząłem ciągnąć i powiem nieskromnie, że bardzo dobrze mi szło, nawet niechcący zgubiłem Irka na jednej z górek. Dojechaliśmy w świetnej formie na metę, czułem się na tyle dobrze, że jestem przekonany, że 400 km również jest w moim zasięgu. Na mecie oczywiście czekał już Karol, znudzony i zmarznięty. Niewiele minut za nami przyjechał – o dziwo – Piotr, a dopiero za nim pechowiec Jacek, który nie tylko zrobił znacznie więcej kilometrów (327), ale również dwa razy naprawiał zmieniał dętkę. Górale, zgodnie z przypuszczeniami, przyjechali na końcu. Darek i Sylwek, który cieszył się bardzo z ukończenia dystansu i wcale nie wyglądał na bardzo zmęczonego, dotarli na końcowy punkt kontrolny jednocześnie. Konkluzja dotycząca górali jest taka, że mają ogromne możliwości skoro w tak dobrych czasach przyjeżdżają na metę: czapki z głów i strach pomyśleć co będzie jak się przesiądą na szosowe maszyny.

 

Skończyliśmy brevet w dobrych nastrojach, umówiliśmy się na 400 km, który to wyścig ma się rozegrać dokładnie za 4 tygodnie. Mój czas to 13:22, z czego na siodle niecałe 11 godzin. Uważam, że to całkiem niezły rezultat dla kogoś kto pije jak smok, jest obżartuchem, nie trenuje kolarstwa i nigdy wcześniej nie zrobił takiego dystansu.

Następny brevet niebawem, czas umyć rower, wyleczyć sińce na pośladkach i przygotować się mentalnie na 4 setki.