Brevet 400 km Chotomów 11-12 maja 2013

4:50
Pobudka. Szybkie mini śniadanko: kromka chleba, jajo i kawałek ciasta. Zebranie przygotowanych wieczorem rzeczy. Rower na bagażnik i można jechać na start.

5:42
Jestem na miejscu startu. Większość z uczestników też już jest. Szybka odprawa, wrzucenie ciepłych ubrań do worka, który będzie zabrany na przepak na 240 kilometrze.

6:00
Ktoś stwierdził: ,,Już szósta - mamy spóźnienie''. Jeszcze parę minut zamieszania, podpisywanie dokumentów, wydawanie kart brevetowych.

6:08
Ruszam w drogę jako drugi. Pozostali ruszają zaraz za mną. Na pierwszych dziesięciu kilometrach nawet nie próbuję dogonić kolegi, który wyprzedził mnie na pierwszej prostej i szybko się oddalał. Za zakrętem przed wjazdem do lasu już zginął mi z oczu. Na drugiej dziesiątce przez chwilę wiozłem się za dwoma grupkami, które mnie dochodziły i wyprzedzały. Ale po dwudziestym kilometrze stwierdziłem, że szkoda sił i jadę swoje. Pogoda dosyć dobra, zachmurzenie pełne, ale nie pada. Umiarkowany przeciwny wiatr, który będzie dokuczał aż do ok. 150 kilometra. Na 30 kilometrze mijam dwóch kolegów, którzy zatrzymali się, chyba żeby się przebrać. Szybko mnie dochodzą i do 45 kilometra jedziemy we trzech. Za Jońcem jeden zostaje w tyle co zauważamy dopiero po dłuższej chwili. Po paru kilometrach nie jestem w stanie utrzymać tempa drugiego z towarzyszy, kręci mocno, równo, z wysoką kadencją. Znów stwierdzam, że ,,jadę swoje'' i zostaję nieco w tyle. Przed pierwszym punktem kontrolnym trochę zaczyna popadywać, ale właściwie symbolicznie i szybko przestaje.

10:05
Ciechanów 85 km - punkt kontrolny. Dojazd do stacji benzynowej, gdzie trzeba podstęplować kartę, nieco utrudniony z powodu korka spowodowanego robotami drogowymi. Jakoś się jednak udaje. Dotychczasowe tempo nadspodziewanie wysokie - 23,7 km/h. Dwa hot dogi, żeby zjeść coś ciepłego (bo to już cztery godziny w drodze). 10 minut odpoczynku i z niedowierzaniem stwierdzam, że właśnie zaczęło równo padać. Nie wygląda to na przelotny deszczyk, więc nie warto próbować przeczekiwać. Kurtka na plecy i w drogę. Koszmarny przejazd w korku przez rozkopane miasto w strugach deszczu. Wyjazd na drogę w kierunku Gruduska, tam przynajmniej nie ma już samochodów.

11:10
Stówka pękła. Pada równo. I wieje przeciwny zimny wiatr. Mięśnie już na szczęście rozgrzane, ale przyjemnie nie jest. Ten odcinek, między Ciechanowem a Chorzelami zdecydwanie najtrudniejszy. Około 125 kilometra, jakiś kilometr, może półtora przed sobą dostrzegam rowerzystę w charakterystycznej jaskrawożółtej kurtce. Do punktu kontrolnego w Chorzelach dystans do niego nie zmniejsza się.

13:10
Chorzele 138 km - punkt kontrolny. Dogoniłem kolegę Krzysztofa, który ratował się przed deszczem workami foliowymi użytymi  w charakterze nieprzemakalnych skarpetek i przeciwdeszczowej kurtki. Pomysłowy Dobromir. Od punktu w Chorzelach do końca już jedziemy razem. Szybka przegryzka, ciepła kawka z automatu, uzupełnienie płynów (i vice versa) i ruszamy dalej. Deszcz przestaje padać, robi się cieplej. Okolica urokliwa, jedziemy lasami. Mijamy Myszyniec - najbardziej na północ wysunięty punkt trasy i niezłym tempem, w przyzwoitym nastroju dojeżdżamy do kolejnego punktu kontrolnego.

15:50
Łyse 192 km - punkt kontrolny. Tutaj półgodzinny postój. Kawka z czekoladą, przegryzka i myślimy już o kolejnym punkcie, gdzie czeka Lucyna z obiadem i bagażami z suchymi ciuchami. Zastanawiamy się jak idzie dwóm chłopakom, którzy są za nami. Dostajemy szybką odpowiedź, bo kiedy my ruszamy w dalszą drogę, oni właśnie podjeżdżają do punktu kontrolnego.

16:43
200 km - tak po prostu. Jedziemy szybko w kierunku Ostrołęki wąziutką, ale bardzo dobrą boczną drogą przez wioski. Nie pada, myślimy już o kotlecie, suchych ubraniach i Lucynie, czekającej na kolejnym punkcie.

18:40
Nowa Wieś - 243 km. Jest bardzo dobrze. Przebiórka w ciepłe i suche ciuchy. Ja niestety nie mam butów ani skarpetek na zmianę, więc muszę jechać dalej w mokrych. Kawa, obiad, dłuższy odpoczynek, pamiątkowe zdjęcia. Zabieramy kanapki, banany i picie. Instalujemy i sprawdzamy oświetlenie, bo zanim dotrzemy na następny punkt kontrolny będzie już ciemno. W dobrych humorach ruszamy w dalszą drogę.

21:20
Jednorożec - 277 km - mamy tu dodatkowe zadanie - ustalić pod jakim wezwaniem jest kościół parafialny. Pytamy przechodniów gdzie jest kościół i kto jest jego patronem. Otrzymawszy odpowiedź na wszelki wypadek jeszcze robimy zdjęcia świątyni i jedziemy dalej na kolejny punkt w Przasnyszu, gdzie czeka na mnie żona z suchymi butami. Przed Przasnyszem niestety znów zaczyna padać.

22:20
Przasnysz - 297 km - punkt kontrolny. Zmieniam buty na suche i wykorzystuję patent Krzyśka z torebkami foliowymi na nogi. Banan, szybka kawa, przegryzka, chwila rozgrzewki na stacji benzynowej i trzeba jechać dalej. A następny punkt daleko bo dopiero w Nasielsku, za ponad 60 kilometrów.

23:09
300 km - zaraz po starcie z punktu w Przasnyszu. Nocna jazda. Na szczęście znów nie pada. Nocne zapachy, odgłosy ptaków, z rzadka mija nas jakiś samochód. Czasem szczekają psy. Jedzie się dobrze. Robi się chłodniej. Mamy nadzieję, że w Pułtusku uda się znaleźć stację benzynową, gdzie sprzedają hot-dogi, bo chcielibyśmy zjeść coś ciepłego.

1:00
Pułtusk - 337 km - tu nie ma punktu kontrolnego. I nie ma stacji z hot-dogami. Trochę kręcimy się po mieście, ale nic nie udaje się znaleźć. Jedziemy więc do Nasielska na ostatni punkt kontrolny.

1:30
Złapałem gumę. Musiałem dobić obręczą na jakiejś dziurze, bo powietrze nie zeszło do końca. Ale trzeba zmienić dętkę. Nie idzie to bardzo sprawnie, ale jakoś dajemy radę. Zaczynamy odczuwać zmęczenie. Liczymy kilometry do następnego punktu i do końca.

2:55
Nasielsk - 360 km - punkt kontrolny. Dajemy sprzedawcy na stacji karty do podbicia. Nie bardzo kuma czego od niego chcemy, ale w końcu robi co trzeba. Z braku hot-dogów zjadamy kanapki i żele. Uzupełniamy płyny. Jedziemy dalej. Jeszcze jest ciemno, ale już niedługo zacznie świtać. Do kończa prawie 80 km. To ze cztery godziny jazdy. Ale już ostatnie. Końcówka jest wyczerpująca. Cały czas obiecuję koledze, że teraz już będzie w dół, bo zjeżdżamy w doliny kolejnych rzek: Narwi, Wkry i Wisły. Liczymy kilometry do końca. Zastanawiamy się dlaczego organizatorzy zrobili trasę 416 km. Jakby 402 nie wystarczyło. Po drodze jeszcze drobne kłopoty z rowerem kolegi. Lampka się poluzowała i zaczęła rytmicznie stukać o czujnik kadencji. Ale zanim to stwierdziliśmy, było odrobinę nerwowo. Zakroczym. Długi podjazd nad siódemką. Potem zjazd do Nowego Dworu i skręt na Jabłonnę. Jest już całkiem widno.

5:00
Za Nowym Dworem stacja benzynowa, na której sprzedają hot-dogi. Ale niestety dopiero od szóstej. Sprzedawczyni zdziwiona - pierwszy raz ma klientów rowerzystów o tak wczesnej porze. My jej na to, że jedziemy do niej od wczoraj od szóstej, a ona nie ma dla nas hot-dogów. Ale jest nieugięta. Hot-dogi są od szóstej. Więc niepocieszeni ruszamy dalej. Zaraz za stacją padają mi baterie w GPS-ie. Na szczęście od razu zauważam, a że mam zapasowe więc zatrzymuję się i zmieniam. Krzysiek jedzie dalej. Nie mam żalu. Będę go próbował gonić, chociaż siły się kończą. Gonię, ale widzę, że kręci kółka, staje i czekając załatwia drobną potrzebę. Znów jedziemy razem. Jeszcze tylko las w Jabłonnie, a w nim trzy górki (rzeczywiście trzy). A potem Jabłonna, kilometr, skręt w lewo i ostatnia trzykilometrowa prosta do mety.

5:50
Koniec. Niewiarygodne. Udało się. 418 km. Normalni ludzie tego nie robią. 18 godzin 52 minuty w siodle. 23 godziny 43 minuty od startu.

Piotr Bolek