Bałtyk Bieszczady Tour 2014 - uciekający cel

Rok 2012 - sierpień

Pod koniec sierpnia przypadkiem trafiłem na stronę 1008.pl. Ale początek był wcześniej.

Sezon 2012 był pierwszym, do którego przygotowywałem się celowo już od stycznia. Oprócz zwykłych maratonów MTB na Mazowszu, których kilkanaście ukończyłem do tej pory, chciałem spróbować swoich sił w Mazovii 24h, o której czytałem dużo dobrego w relacjach na forach rowerowych. Maksymalny dystans jaki przejechałem wcześniej to było zaledwie 56 km.

Rok 2012 był też pierwszym rokiem, w którym zorganizowano Mazovię 12h. Bardzo się z tego ucieszyłem, bo co prawda decyzję o starcie 24h podjąłem już w 2011 roku, ale 24 godzinnej jazdy wciąż się obawiałem. Dlatego zapisałem się na 12h traktując tę imprezę jako test przed prawdziwym (tak wtedy myślałem) wyzwaniem jazdy 24 godzinnej. Wyzwanie okazało się nie aż tak wielkie. W 12 godzin przejechałem 148 km (pierwszy raz przekroczyłem setkę) spędzając 9 godzin i 16 minut w siodle, a trzy tygodnie później w Mazovii 24h, jadąc bardzo zachowawczo i nawet ucinając sobie ponaddwugodzinną drzemkę, przejechałem 222 km. Na tych dwóch imprezach chyba zrozumiałem, że mogę znacznie więcej niż mi się wydaje i granice możliwości rzeczywiście bywają iluzją.

Wtedy też ponad miesiąc po Mazovii 24h dowiedziałem się przypadkiem, że jest coś takiego jak BBT i że właśnie się odbyło. Z informacji na stronie internetowej wynikało, że żeby móc wystartować, trzeba zrobić kwalifikację i że jedną z nich jest Mazovia 24h, którą właśnie ukończyłem. Oczywiście dystans 1008 km w 72 godziny to była wtedy dla mnie zupełna abstrakcja. Ale miałem dwa lata żeby przygotować się do startu. Trafiłem na stronę Fundacji Randonneurs Polska odkrywając z radością, że jest ktoś kto organizuje imprezy pozwalające przygotować się do startu na 1000 km. Nawet chciałem w jednej z nich wziąć udział jeszcze jesienią 2012, ale nagły atak zimy w październiku pokrzyżował te plany. Decyzja jednak zapadła - 1008 km w 2014 jest celem do osiągnięcia.

Rok 2013 - droga do celu

Do załatwienia kilka spraw.

Po pierwsze kwalifikacja - tutaj sprawa była stosunkowo prosta. Fundacja Randonneurs Polska organizowała jak co roku cykl brevetów czyli długodystansowych szosowych imprez rowerowych po określonej trasie i z niewyśrubowanym limitem czasowym. Jedna z tych imprez, brevet 600 km na Mazurach współorganizowana przez Fundację i Roberta Janika, była kwalifikacją do BBT 2014. Wystarczyło ukończyć mieszcząc się w limicie czasu. Oczywiście wcześniej trzeba przejechać krótsze dystansy: 200, 300 i 400. Ja zaliczyłem 200 i 400. Trzysetka była w tym samym terminie co Mazovia 12h, której nie chciałem odpuszczać. Ponieważ na początku sezonu nie miałem jeszcze roweru szosowego, to dwusetkę przejechałem na ostrym kole, czterysetkę na Treku Valencji (taczce), a dopiero sześćsetkę na upragnionej przełajówce. Kwalifikację udało się zrobić bez większego problemu.

Po drugie sprzęt - miałem co prawda już trzy rowery: MTB (29er), miejskiego Treka Valencję i ostre koło zrobione na 20-letniej stalowej ramie. Do przejechania 1000 km, a wcześniej brevetów 200-600 potrzebne było jednak coś bardziej szosowego. Ze względu na wcześniejsze doświadczenia w MTB oraz spore gabaryty mojego ciała (prawie 2 metry wzrostu, 100+ kg wagi) uznałem, że właściwym wyborem będzie rower przełajowy - geometria i napęd jak w szosie, a można założyć grubsze opony i pojechać w teren. Na wiosnę zacząłem rozglądać się gdzie można taki rower kupić. Okazało się to wyzwaniem. Raz, że przełaj, dwa, że duży. Ale się udało. Poszukiwania zacząłem w lutym, a 11 czerwca odebrałem sprzęt gotowy do jazdy.

Po trzecie - przygotowanie - to też w sumie proste - trzeba sporo jeździć na rowerze i już. W 2010 przejechałem niecałe 1400 km, w 2011 już ponad 2600, w 2012 – 6500. Licząc tylko same planowane brevety (200, 400 i 600) plus Mazovię 12 i 24h oraz starty MTB oraz kilka treningowych przejazdów 100+ w 2013 powinno wyjść co najmniej 3000. A do tego regularne dojazdy do pracy i krótsze treningi. Ostatecznie rok 2013 zamknąłem równiutkimi 7 tysiącami włączając endomondo w czasie spaceru z żoną i przyjaciółmi w noc sylwestrową.

Po czwarte - zdrowie. Od lat wielu walczę z różnymi przewlekłymi chorobami. Rower jest oczywiście lekarstwem na choroby serca i układu krążenia. Miewam problemy z kręgosłupem (nieszczęsny siedzący tryb życia, jazda samochodem, wysoki wzrost) ale tutaj rower też pomaga. Przed pierwszym marcowym brevetem 200 km miałem dodatkowy problem zdrowotny: dwa tygodnie wcześniej jadąc do pracy zaliczyłem glebę na lodzie i pechowo wziąłem "na klatę” słupek uliczny łamiąc prawdopodobnie żebra. Ból utrzymywał się przez wiele tygodni, ale był do zniesienia i nie przeszkadzał w jeździe rowerem. Ale najpoważniejszym problemem była tarczyca, którą musiałem usunąć operacyjnie. Decyzja nie była łatwa, ale chcąc stracić jak najmniej czasu treningowego udało się tak dobrać terminy, że w listopadzie 2013, po zamknięciu sezonu, a jeszcze przed zimowymi przygotowaniami do 2014, było już po wszystkim.

2014 - przygotowań ciąg dalszy

Okres zimowy to oczywiście praca na siłowni, pływanie i zajęcia cyclingowe w klubie fitness.
Po drodze wyszło też tak, że na przełomie roku razem z kolegami Adamem i drugim Piotrem przejęliśmy odpowiedzialność za działanie Fundacji Randonneurs. Zaczęło się od strony internetowej, a skończyło na wejściu do zarządu i organizacji brevetów. Ale to inna historia.

Od wiosny treningi i brevety już z myślą o BBT. Marcowy brevet 200 km w deszczu i zimnie. Brevet 400 - niesamowity upał i wiatr. W czasie tej imprezy test na jazdę w niedospaniu - w noc poprzedzającą spałem niecałe 3 godziny - potem 24 godziny bez spania na rowerze. Test zaliczony pomyślnie. Brevet 300 - nocny - zimno i silny przeciwny wiatr przez pierwsze sto kilometrów. Dostałem wtedy w kość głównie dlatego, że za późno założyłem cieplejsze ciuchy. Tydzień przed trzysetką - nieszczęście - urwał mi się hak od przerzutki. Niby drobna sprawa, ale okazało się, że oprócz haka, w miejscu jego montowania pęknięta jest rama. Na szczęście reklamacja została uznana i 15 lipca, po 5 tygodniach nerwowego oczekiwania odebrałem rower na nowej ramie.

W czerwcu i lipcu stosunkowo mało treningów, ale było kilka dłuższych mocnych jazd w dobrym towarzystwie, w tym wspomniany nocny brevet 300 i męczący trening planowany na 24 godziny zakończony po ok. 15 łącznym dystansem 266 km.

Czerwiec i lipiec to były też miesiące psychicznego dołka, kiedy im bliżej terminu startu BBT, tym bardziej obawiałem się czy dam radę i czy nie rzucam się z motyką na słońce. Na szczęście przyszedł sierpień. Na dwa tygodnie przed BBT cudowny brevet 200 w Białymstoku. Przejechałem go praktycznie sam w bardzo przyzwoitym tempie. Tydzień później ostatni mocniejszy trening przed startem - nieco ponad 100 km z Jackiem zakończony prawie wyrównaniem życiowego rekordu na tym dystansie. Uwierzyłem znów, że jednak się uda, a przynajmniej, że dam radę powalczyć.

Tydzień startowy

Ostatnie przygotowania, analiza trasy, przeliczanie wariantów i planów jazdy, praca z listą rzeczy do zabrania, ostatnie zakupy, logistyka, problem transportem roweru do Świnoujścia. A na cztery dni przed wyjazdem informacja, że Piotr, z którym mieliśmy jechać razem (razem robiliśmy kwalifikację, jeździliśmy brevety) rezygnuje ze startu. W sumie czułem wcześnie przez skórę, że może tak być, ale zawsze to przykro.

Wreszcie piątek - dzień, w którym zabawa się zaczyna. Pobudka przed piątą, samolot - 7:30, 8:40 - Goleniów, przed jedenastą jestem w Świnoujściu. Po drugiej stronie promu czeka już Piotr Rębacz, z którym jadę po odbiór zestawu startowego do biura wyścigu, a potem po przysłany dzień wcześniej kurierem rower. Z rowerem wszystko w porządku - transport przeżył bez problemów, trzeba tylko przykręcić przednie koło, pedały, kierownicę i napompować koła.

Z bagażami na plecach do hotelu. Przebiórka w sportowy strój i rowerem w miasto. Do 17 - godziny odprawy - jeszcze sporo czasu. Jeżdżąc po Świnoujściu widzę znajome twarze i rowerzystów, których strój i bagaż świadczy o tym, że też biorą udział w BBT. Ok. 13 dzwonię do Adama, który miał przyjechać pociągiem z Poznania. Nie odbiera. Za chwilę już rozumiem dlaczego, widząc go przemykającego z dwoma innymi kolarzami na skrzyżowaniu. Ruszam za nimi, doganiam i razem jedziemy do Bryzy - biura wyścigu. Adam odbiera zestaw startowy, potem jedziemy coś zjeść. Duża pizza, potem szybki przejazd pierwszych 5 kilometrów trasy, którą następnego dnia ruszymy do Ustrzyk. Po 16 na dworzec kolejowy, żeby przywitać kolejną grupę uczestników jadących pociągiem z Warszawy, a potem razem do Domu Kultury na odprawę techniczną.

Wiedziałem ilu jest startujących ale zebranie wszystkich zawodników w jednym miejscu robi wrażenie - jest nas naprawdę dużo.

Po odprawie start honorowy i grupowy przejazd przez miasto z Masą Krytyczną. Potem zbieramy się w pięciu na kolację. Nie żałowaliśmy sobie - każdy zamówił solidną porcję - ja kociołek zupy rybnej i michę pierogów.

Przed 22 do hotelu, żeby spróbować się porządnie wyspać przed czekającym nas wysiłkiem.

Bałtyk Bieszczady Tour

23 sierpnia, sobota - Pobudka 7:00 - Szybka toaleta, zebranie posortowanych rzeczy: co ze sobą, co na przepak, a co na metę.

7:45 - Na promie. Tłum kolarzy jadących na start. Kilku znajomych. Rozmowy na temat planu - zasadniczo wszyscy mają ten sam: jechać i dojechać. Plecak z rzeczami na metę trzeba zostawić w jednym samochodzie, worek na przepak (będzie dostępny na dużych punktach kontrolnych na 300 i 700 kilometrze) w drugim. Jeszcze ostatnie zakupy: sevendaysy, dwa batony - wystarczy na pierwsze 70 kilometrów, tam ma być coś do zjedzenia.

8:00 - Pierwsza grupa startuje. Wypuszczają nas co 5 minut w grupach sześcioosobowych. Najpierw startują „weterani”, co już kiedyś przejechali BBT, począwszy od tych, którzy przejechali najszybciej. Potem „nowicjusze" (w tym ja). Na koniec soliści (nie wolno im jeździć na kole muszą całą trasę przemierzyć samotnie) także z podziałem na „weteranów” i „nowicjuszy". Sędzią startowym jest Czarek Urzyczyn. Chwilę rozmawia z każdą czekającą na start grupą. A potem w drogę.

8:30 - Zgłaszam się na montaż rejestratora GPS. Chwila i gotowe. Już chyba wszystko. I nagle uświadamiam sobie, że nie mam numeru startowego na plecy - został w plecaku, który właśnie oddałem do przewiezienia na metę. Szybko do samochodu. Proszę kierowcę, żeby znalazł mój plecak. Udało się, numer jest. Zakładam na plecy, obiecuję kierowcy, że to już ostatni raz. Niestety musiałem złamać tę obietnicę, bo po powrocie na rampę promu odkryłem brak lampy do jazdy nocą. W rozterce wracam do samochodu i ponownie proszę o wyjęcie plecaka. Teraz już naprawdę ostatni raz. Dobrze zrobiłem, że się wróciłem po lampę, bo bez niej nie byłbym w stanie jechać nocą, mimo że miałem jeszcze dwa inne światła.

8:50 - Start poprzedniej grupy, w której jedzie Adaś Kisielewski. Będę go gonił.

8:55 - Nasz start - startuję z Piotrem Rębaczem. On będzie gonił swoich, którzy wystartowali 20 minut przed nami. Pierwsze odcinki planuje pociągnąć mocno, ze średnią 27 lub więcej. OK. Spróbuję dotrzymać mu tempa. Ale plan jest taki, żeby po dogonieniu Adasia odpuścić. Ruszamy ostro, tak ostro, że na pierwszym stukilometrowym odcinku biję życiowe rekordy na 50 i 100 km. Jedziemy ze średnią powyżej 27 km/h. Ale są za nami tacy, którzy jadą jeszcze szybciej i zaczynają nas wyprzedzać. Po kilkudziesięciu minutach doganiamy Adama. Puszczam Piotra przodem i spokojnie (choć nadal szybko) jadę dalej z Adamem. Około 60 kilometra mijamy Piotra, który dogonił swoich i odpoczywał z nimi chwilę na poboczu. Pozdrawiamy ich i jedziemy dalej. Za chwil kilka oni ruszają i doganiają nas. Przez parę kilometrów jedziemy razem. To już trzecia godzina jazdy. Wszyscy w świetnych humorach, bo pogoda dopisuje, słoneczko świeci, wiatr wieje ukośnie z tyłu. Tempo bardzo dobre. Po prostu bajka. W naturalny sposób dzielimy się na jadące na kole grupki. Ja dołączam do „pociągu” prowadzonego przez Piotra i Ryszarda, którzy ciągną dalej mocno. Wszystko idzie świetnie.

I wtedy nieszczęście - brzdęk - w tylnym kole Piotra pęka szprycha. Pomyślałem tylko „Szkoda chłopaka, tak bardzo chciał dojechać, a tu taki pech już na samym początku” i pojechałem dalej.

11:50 - Płoty - pierwszy punkt kontrolny. Dojeżdżamy tam z Adasiem. Krótki odpoczynek, dwa szybkie telefony, drożdżówka na drugie śniadanie, druga ze sobą, uzupełnienie wody w bidonach i ruszamy. Zaczynają nas już wyprzedzać nie tylko nowicjusze open startujący po nas, ale i soliści. Ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę. Niecałe dwa kilometry od PK patrzę na jadącego przede mną Adama i zastanawiam się dlaczego jedzie bez kasku. Pytam go gdzie ma kask. Zostawił na punkcie, musi się wrócić - to niecałe dwa kilometry. Ja jadę dalej. Dołączam do chłopaków z Radlina - Darka i Pawła i jadę z nimi do kolejnego punktu. Wystartowali 40 minut po mnie, więc jechali znacznie szybciej. Średnią na pierwszych 100 km mieli powyżej trzydziestki. Darkowi dało się to we znaki. Ale Paweł ciągnie równo.

14:15 - PK Drawsko Pomorskie. Kolejny odpoczynek. Sporo ludzi na punkcie. Posiłek - zestaw standardowy - solidna kanapka i drożdżówka. Ciepła, słodka herbatka, po przeszło pięciu godzinach jazdy, smakuje jak nigdy. Zastanawiam się jak tam idzie Adamowi i co się dzieje z Piotrem. Sprawa Piotra wyjaśnia się za chwilę - wpada na punkt. Udało mu się po drodze wymienić koło, niestety kaseta miała tylko osiem trybów i nie udało mu się zmusić jej do współpracy z dziesięciobiegową przerzutką. Ustawił przełożenie z tyłu na stałe i mógł zmieniać tarczę z dużej na małą tylko z przodu. W efekcie na zjazdach miał „za miękko”, a na podjazdach „za twardo” ale nie miał zamiaru odpuszczać. Po krótkim odpoczynku ruszacdalej. Ruszyli też chłopcy z Radlina, z którymi przyjechałem na punkt. Ja postanawiam poczekać jeszcze chwilę na Adama. To był niestety mój pierwszy poważny błąd, który mógł być praprzyczyną tego, że ostatecznie nie ukończyłem wyścigu… Adam wreszcie przyjechał - ok. 25 minut po mnie. W sumie na punkcie spędziłem prawie 40 minut. Co prawda odpocząłem i to było w porządku, ale niestety pojechali wszyscy, z którymi mógłbym jechać oszczędzając siły. A przed nami prawie 97 kilometrów do kolejnego punktu kontrolnego w Pile.

Przed 15 ruszamy. Okolice Drawska Pomorskiego to poligony. Przepiękne lasy, a po obu stronach zakaz wstępu na tereny wojskowe. Teren pofałdowany, droga kręta. Na kilku dosyć ostrych, choć krótkich podjazdach, które ja biorę rozpędem, Adam zostaje z tyłu. Przez jakiś czas widzę go jeszcze za sobą, ale po pewnym czasie znika. Nie czekam już na niego. Do Wałcza jadę sam. Tam dogania mnie cztero czy pięciosobowa grupka. Nie dołączam do niej, bo zaczyna padać deszcz i zatrzymuję się na parę minut, żeby założyć ciepłą kurtkę. Poza tym do Piły już tylko 30 km, a ja czuję się świetnie i wciąż utrzymuję tempo powyżej 25 km/h. Przecież spotkam ich za chwilę w Pile. A jest to niestety kolejny błąd, którego konsekwencje poniosę bardzo szybko, choć jeszcze tego nie wiem.

Droga z Wałcza do Piły cudowna. Deszcz szybko przestał padać, słońce zachodziło, a na niebie pojawiła się niesamowita tęcza. Jadę pełen zachwytu. To dziesiąta godzina jazdy. Endorfiny i adrenalina robią swoje. Cienia zmęczenia, świadomość, że jadę znacznie szybciej niż planowałem dodaje skrzydeł. Niestety za Wałczem mylę trasę. Jadę co prawda na Piłę, ale nie tą drogą co trzeba. GPS z trasą przejazdu mam włączony, ale w trybie oszczędzania energii, więc nie mam śladu trasy stale przed oczami. A że droga prowadziła do Piły, to nie sprawdzam co chwilę czy dobrze jadę. Zresztą do Piły już mniej niż 20 km. Czuję, że jestem już prawie na miejscu.

Wreszcie tabliczka z napisem „Piła”. Staję na światłach i patrzę na GPS, żeby zobaczyć gdzie mam punkt kontrolny, bo z kilometrów wynika, że jestem tuż tuż. Wtedy orientuję się, że co prawda dojechałem do Piły, ale od zupełnie innej strony niż powinienem. Ładnych parę minut zajmuje  ustalenie gdzie jestem, gdzie powinienem być i jak dojechać tamże… Do punktu kontrolnego mam prawie 5 km. I kolejne prawie pół godziny w plecy. Nerwowa jazda przez miasto.

19:50 - Piła - 230 km. Wpadam na punkt kontrolny, który już jest zwijany. Wszyscy pojechali dalej. Tylko jeden kontuzjowany solista jeszcze jest. Ale nie jedzie już dalej. Zaczynam się nieco denerwować. Trochę tylko, bo cały czas czuję się świetnie i bez żadnego problemu mogę jechać dalej. 230 km w mniej niż 11 godzin (uwzględniając ponad godzinę straconego czasu), to całkiem niezły wynik - jeszcze wszystko da się odrobić. Zabieram zestaw żywieniowy, pięć minut i ruszam dalej. Kolejny punkt to DPK (duży punkt kontrolny) w Chacie Skrzata pod Bydgoszczą na 307 kilometrze. Jedzenie, możliwość odpoczynku i przepak. 77 kilometrów - przed północą powinienem dojechać. Ten fragment mija nadspodziewanie szybko. Jest już ciemno, droga bardzo dobra, ruch niewielki. Jadę sam, w słuchawkach ulubiona muzyka. Żadnych dolegliwości fizycznych. Dojeżdżam do Chaty Skrzata zaskoczony, że to już.

23:50 - Chata Skrzata pod Bydgoszczą - 307 km. Dziwi i cieszy mnie, że jeszcze tyle osób jest na punkcie. Olaf zmienia dętkę. Piotrek z Ryszardem już są od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie jedli. No i cała rzesza innych - z kilkanaście osób. Szybko zabieram z przepaku tylko zapasowy akumulator do lampki i jakieś drobne ciuchy. Zjadam rosół i schabowego. Nie są już specjalnie ciepłe, ale smakują jak zwykle w takich okolicznościach nadzwyczajnie. Zakładam ciepłe ubranie i decyduję się jechać dalej. Odbieram wtedy telefon od Adama, który mówi, że jest przemoczony i zziębnięty, ma ponad trzydzieści kilometrów do punktu i rezygnuje z dalszej jazdy. Chce tylko dojechać do Chaty i tam skończyć, ale nie wie ile mu się jeszcze zejdzie.

Przed pierwszą (to już niedziela) jestem z powrotem na rowerze. Wszyscy jednak zdążyli wyjechać zanim ja się zebrałem. Kolejny etap to Toruń - tylko 63 km, w środku nocy po bardzo dobrej pustej drodze. Jadę praktycznie bez zatrzymywania i po trzech godzinach jestem na następnym punkcie kontrolnym.

Niedziela 4:00 - Toruń - 370 km - punkt obsługiwany przez ekipę Randonneurs Polska, a konkretnie Piotra Niedźwieckiego i Monikę. Jestem kompletnie zaskoczony, bo po drodze wyprzedziłem sporo osób, w tym Piotra, Ryszarda i Ewę, którzy wyjechali z Chaty dobrych kilkanaście minut przede mną. Olaf też dotarł zaledwie kilkanaście minut przede mną. Są też Darek i Paweł, z którymi jechałem do Drawska oraz parę innych znajomych twarzy - w sumie znów kilkanaście osób. Nakarmiony i napojony przez Miśka odzyskuję nieco utracony humor i zastanawiam się co dalej robić. Czy próbować spać, czy kontynuować jazdę. Czuję się cały czas świetnie. Prawie nie odczuwam zmęczenia. Od startu nie minęło jeszcze 20 godzin. Przed piątą towarzystwo zbiera się do drogi i co parę minut kilka osób rusza w trasę. Następny punkt to Włocławek i znów blisko - tylko 56 km. Ja też ruszam przed piątą, tym razem kompanem jest Olaf z Rzeszowa. Wiem, że jest mocniejszy ode mnie, ale to dobrze, bo będę się mógł za nim „powieźć” do Włocławka. Słońce jeszcze nie wzeszło kiedy ruszamy. Olaf rzeczywiście mocno ciągnie. Szybko doganiamy i wyprzedzamy pierwszą grupkę. Parę kilometrów dalej mijamy śpiących na trawie chłopaków. O wschodzie słońca Ciechocinek. Mijamy tablicę „Włocławek”, Olaf przyspiesza, ja trzymam tempo.

7:30 - Włocławek - 426 km - już całkiem widno. Zaczynam odczuwać zmęczenie. Już dobę jestem na nogach, z czego ponad 22 godziny w drodze, a nawet na chwilę nie zmrużyłem oka. Olaf chce zaraz jechać dalej. Ja muszę trochę odpocząć, więc nie czeka na mnie. Dojeżdża ekipa Piotra. Wiem, że powinienem coś zjeść - jest ciepła zupa, herbata, kanapki. Są też w namiocie miejsca do spania. Chwilowo zajęte. Czekam, aż się zwolnią i wzorem Piotra, który właśnie się położył, także ucinam dwudziestominutową drzemkę. Nastawiam budzik, nakrywam się z głową i odpływam. Zadziałało znakomicie. Senność minęła. Ruszam w dalszą drogę. Przystanek we Włocławku trwał niecałą godzinę, z czego 20 minut przedrzemałem i dał mi naprawdę dużo. Niestety znów jadę sam. Nie jedzie się źle, tempo 22-24 km/h, ale przejechany dystans i czas powoli ale nieuchronnie odbiera siły. Parę kilometrów od Włocławka widzę dwóch kolarzy posilających się w leśnym grillu. To Tadek i Leszek z Radlina. Za kilka minut mijają mnie z okrzykiem „Siadaj na koło”. Myślę sobie: „Nie dam rady, ale co tam spróbuję, najwyżej odpuszczę". Warto było: nie dość, że szybciej, to jeszcze odpocząć można. Po kilku zmianach dochodzimy i wyprzedzamy grupę Piotra. Po zjeździe z drogi 62 przed Płockiem stajemy na krótki odpoczynek i z kolei Piotr nas wyprzedza. Za chwilę ruszamy i znów ich dochodzimy. Do Gąbina jest już mniej niż 20 kilometrów. Teraz już w większej grupie spokojnie dojeżdżamy do kolejnego punktu kontrolnego.

11:30 - Gąbin - 488 km - Tutaj też postanawiam się zdrzemnąć. Celem na ten dzień jest dojechanie do Iłży przed północą. To jeszcze ponad 200 km. Ale wydaje się, że czasu jest dosyć. Z pewnością nie chcę jechać sam i muszę chwilę odpocząć. Na punkcie szukam kogoś, kto będzie ruszał w ciągu 20-30 minut, bo tyle potrzebuję na drzemkę. Kładę się włączając budzik i po 20 minutach zbieram się do drogi razem z Leszkiem, który też właśnie skończył drzemkę. Kwadrans po dwunastej ruszamy we dwóch w dalszą drogę. Zaczyna padać deszcz. Mam oczywiście przeciwdeszczowe ubrania i ochraniacze na buty, ale dodatkowo stosuję sprawdzony patent: między dwie pary skarpetek wkładam foliowe torebki. Na to buty i ochraniacze. W ten sposób izoluję się na ile się da od chłodu i wilgoci z zewnątrz. Parę godzin da się tak wytrzymać. Na przepaku mam drugą parę butów, więc wystarczy dojechać w ten sposób do Iłży, tam założę suche buty. Do Żyrardowa równo pada, ale na szczęście mamy silny wiatr w plecy. Leszek narzeka na bolące ścięgna Achillesa, ale dzielnie jedzie.

16:00 - Żyrardów - 558 km - Tutaj niespodzianka, na wejściu do PK wpadam na Jacka, z którym jechałem 100 km trening na tydzień przed BBT. Śledził nas online całą drogę i nie wytrzymał - musiał wyjechać nam na spotkanie na punkt kontrolny. Na punkcie są już też Piotr, Ryszard i Ewa, z którymi będę już jechał do samej Iłży. Znów drzemka 20 minut. Wcześniej pyszne kanapki na ciepło. Najedzony i zregenerowany drzemką, kilka minut po 17 jestem gotów do dalszej jazdy. Czekam jeszcze kilkanaście minut na Piotra i ekipę rozmawiając z Jackiem. O 17:30 ruszamy mocnym tempem przez Mszczonów do Grójca. Dwie godziny później mijamy Grójec. Kolejne dwie godziny, to przejazd świetną drogą wśród podgrójeckich sadów - ruch niewielki, nawierzchnia idealna.

21:20 - Białobrzegi - 627 km - przy urzędzie miasta, gdzie jest punkt kontrolny trwa koncert. Hałas okrutny. Gospodarze przygotowali jagodzianki. Jeszcze ciepłe. Zjadam cztery, a może pięć. Do następnego punktu DPK w Iłży zostało 70 km. Ruszamy przed 22. Do północy na pewno nie da się już dojechać. Tym bardziej, że czeka nas przejazd przez Radom. Do Jedlińska jest całkiem w porządku, jedziemy drogą techniczną obok S7. W Jedlińsku niestety trzeba jechać kilkanaście kilometrów poboczem siódemki do samego Radomia. To chyba najmniej przyjemny fragment trasy. O północy jesteśmy w Radomiu. Wszyscy mają już dość i chcieliby już odpocząć w Iłży, ale to jeszcze 35 km - ze dwie godziny jazdy. Zjeżdżamy na stację benzynową, kawa, hot dog i dalej.

Piotr i Ryszard „holują" Ewę, ja jadę do przodu nieco szybciej. Pada mi akumulator od głównego światła. Mam w sakwie zapasowy ale nie chcę tracić teraz czasu na zmianę, jadę więc na słabej lampce na baterie i czołówce. Nie jest komfortowo ale da się jechać. Droga się dłuży, już chciałbym być na miejscu, zjeść i odpocząć choć chwilę. Wreszcie Iłża, ale punkt kontrolny jest cztery kilometry za miastem.

Poniedziałek 2:10 - Zajazd Moya za Iłżą. Wreszcie. Sędzia główny we własnej osobie wbija pieczątkę i czas przejazdu do książeczki. Jednocześnie informuje, że na piętrze są pokoje do spania, ale wszystkie miejsca zajęte. Można za to się wykąpać pod prysznicem. No i oczywiście zjeść ciepły posiłek - zupkę i schabowego z ziemniakami. Znajduję swój worek przepakowy, wyjmuję suchą bieliznę i skarpetki. Zrzucam z siebie mokre ciuchy i szybko biegnę pod prysznic. W tym czasie pani w barze przygotowuje jedzenie.  Za chwilę przyjeżdża Piotr, Ryszard i Ewa. Połykam w pośpiechu posiłek, bo szkoda mi każdej chwili, którą chcę poświęcić na odpoczynek. Zastanawiam się jak zaplanować pokonanie pozostałych 300 kilometrów. Do Rzeszowa powinno być w miarę łatwo, choć po drodze do pokonania jeszcze Góry Świętokrzyskie. Jeśli ruszę o 7 rano, to mam pełne 24 godziny. Po 8 godzin na setkę. Wydaje się, że spokojnie wystarczy. 160 km do Rzeszowa powinno dać się pokonać w 8 godzin. Czyli ok. 15-16 powinienem ruszać na ostatni górski odcinek. Niestety jak się okaże to tylko plany. Nastawiam budzik na 6:25, z postanowieniem, że równo o 7 rano ruszam.

Za kwadrans trzecia. Znajduję wolne miejsce na korytarzu, owijam się folią NRC i próbuję zasnąć. Nie jest to łatwe, bo co chwilę dzwoni czyjś budzik, ktoś wstaje i wychodzi, inny budzi kolegę… Przysypiam wreszcie, ale budzę się przynaglony potrzebą. Patrzę na zegarek: 4:58. Idę do łazienki, potem schodzę na dół, żeby zobaczyć ilu już pojechało. Wpadam na Piotra, który właśnie zaczyna się zbierać do odjazdu. Jest też Olaf, także prawie gotowy.
Postanawiam jednak nie zmieniać planu i kładę się - mam jeszcze ponad godzinę do zaplanowanej pobudki. W końcu jednak stwierdzam, że już nie zasnę
i że lepiej ruszyć godzinę wcześniej, będzie więcej czasu. Mokre buty i ubrania oddaję na przepak, zakładam suchą bieliznę i spodenki, a na wierzch wszystko co mam: wiatrówkę, grubą kurtkę z windstoperem i kurtkę przeciwdeszczową.

Równo o szóstej jestem gotowy. Trochę rozespany i trochę mnie trzęsie, ale ruszam żwawo za Olafem. Szybko się rozgrzewam i łapię tempo. Następny punkt kontrolny za sto kilometrów w Nowej Dębie. Jak dojadę w 5-6 godzin, to będzie dobrze. Zaczynają się podjazdy. Olaf pokonuje je znacznie sprawniej niż ja, ale to bez znaczenia, jadę swoje. Kilka podjazdów, zjazd i tak parę razy. Na którymś zjeździe mijam Olafa, który walczy z uchodzącym z przodu powietrzem. Wiatr sprzyja. Po dwóch godzinach mam za sobą 40 km i stwierdzam, że czas się zacząć rozbierać, bo robi się za ciepło. Zdejmuję grube kurtki i zostaję w koszulce i wiatrówce. Jadę znów sam i znów popełniam ten sam błąd co pod Piłą. Przegapiam skręt i zjeżdżam z trasy. Śledzący mnie online znajomi dają znać, ale zdążyłem już przejechać prawie 9 kilometrów. Muszę zawrócić - kolejne 9 kilometrów, niestety pod wiatr. 50 minut w plecy.

Ale jeszcze nie jest całkiem źle. Od znajomych dostaję informację, że Piotr jest niedaleko przede mną. Liczę, że dogonię go w Nowej Dębie i dalej pojedziemy znów razem. Jedzie się świetnie - wiatr w plecy - teren opada w kierunku Wisły, wszystko sprzyja. Ale do czasu. 9 km przed Nową Dębą łapię gumę. Dokładnie w środek tylnej opony wbił się na sztorc kilkucentymetrowy gwóźdź. Naprawa zajmuje ponad 40 minut, bo dodatkowo mam problemy z pompką. Ratuje mnie żona Piotra, która akurat przejeżdża i ma w bagażniku porządną pompkę. Niestety wiem już, że nie dogonię Piotra w Nowej Dębie. Ale za to wiem, że są już w pobliżu żona i córka, które jadą do mnie na metę.

14:10 - Nowa Dęba - dojeżdżam tu prawie jako ostatni. Podobno ktoś jeszcze za mną jest, ale nie jest to specjalnie pocieszające. Pokonanie łatwych 100 km po płaskim zajęło 8 godzin. A powinno zająć 5, a na pewno nie więcej niż 6. Zostało 200 - najtrudniejsze. I 15 godzin. Wciąż powinno się dać. Ale w nogach mam już ponad 800 km i 55 godzin prawie bez spania. Bardzo miła obsługa na punkcie udziela cennych rad na temat czekającej mnie jeszcze trasy. 20-minutowa drzemka, w czasie której na punkt przyjeżdżają moje panie. Będę miał teraz lepsze wsparcie na punktach kontrolnych. Plan jest teraz bardzo prosty - jechać dokąd się da, najszybciej jak się da i koniecznie przespać się jeszcze co najmniej dwie godziny po drodze. Na razie 60 km do Rzeszowa - prawie płaska, szybka trasa. Umawiam się z żoną na 18 na następnym punkcie na schabowego i o 15 ruszam. Do Rzeszowa idzie znakomicie, bez zatrzymywania. Po wjeździe do miasta zaczęło być strasznie. Z powodu zmęczenia i dającego się we znaki niewyspania przejazd w godzinach szczytu w miejskim ruchu jest masakrą. Co gorsza kompletnie zesztywniał mi kark i nie bardzo mogę podnosić głowę żeby spojrzeć przed siebie. Zaczynam się bać. Jadąc przez miasto w spotykam Krzysztofa, który szuka drogi i cierpi na taką samą przypadłość karku co ja. Do leżącego tuż za Rzeszowem punktu kontrolnego mamy już niespełna trzy kilometry. Toczymy się w jego kierunku powoli. Parę minut po 18 docieramy.

18:30 - Mam dosyć. Czuję, że nie dam rady dalej jechać, jeśli się nie prześpię. Liczę godziny i dystansy, konsultując się z obecnym na punkcie lokalnym kolarzem. Z obliczeń wychodzi mi, że żeby zdążyć przez zamknięciem trasy muszę ruszyć przed północą. Szybka konsultacja z żoną i decyzja: idę spać na dwie, trzy godziny, a potem zobaczymy co dalej. Wynajmujemy pokój i tuż po 19 biorę prysznic i kładę się do łóżka nastawiając budzik na 22:00. Zasypiam prawie natychmiast.

21:20 - Budzi mnie łomotanie do drzwi. To żona. Pomyliłem się w obliczeniach zapominając, że limit czasu to 70, a nie 72 godziny. Muszę więc ruszyć nie później niż o 22:00. Zbieram się najszybciej jak mogę i o 22:00 jestem znów w drodze. Początek nawet niezły, pierwsze podjazdy udaje się w miarę sprawnie pokonywać. Nogi pracują jak trzeba. Niestety zesztywniały kark dokucza coraz bardziej mimo zażycia zaleconej przez lekarza wyścigu końskiej dawki leków. W sumie nawet nie boli. Ale po prostu nie daje się podnieść głowy do góry ani odwrócić na boki. Widok ogranicza się do dwóch metrów bezpośrednio przed rowerem. Jazda jest możliwa tylko dzięki podążaniu za białym pasem rozdzielającym pobocze od pasa ruchu. Niestety na skrzyżowaniach pas się kończy, a za nimi zwykle zaskakuje krawężnik. Grozi to niebezpiecznym OTB. Albo zjechaniem na lewo i czołowym zderzeniem z jakimś jadącym z przeciwka samochodem, którego po prostu nie widzę.

Wtorek 0:40 - 9 km przed kolejnym punktem kontrolnym w Brzozowie, po przejechaniu 920 kilometrów, mając ponad sześć godzin do limitu czasu, podejmuję decyzję o zejściu z trasy. Jazda w nocy, w górach, bez możliwości ruszenia głową jest zbyt niebezpieczna. I tak osiągnąłem dużo. Zebrałem mnóstwo doświadczeń, które wykorzystam w przyszłości i na pewno po raz kolejny podejmę wyzwanie. To już za dwa lata.

Wydaje mi się, że czasem większą sztuką jest wiedzieć kiedy odpuścić niż przeć naprzód za granicą ryzyka. Dla mnie to była taka sytuacja.

Piotr Bolek