Brevet 200 km w Pomiechówku oczami Piotra R.

Zachęcony przez Jacka postanowiłem po raz pierwszy opowiedzieć jak wyglądał brevet moimi oczami.

Marzenia o udziale w PBP 2015 snułem jeszcze zanim przejechałem BBT 2014. Przygotowaniom do kwalifikacji i startu w tej imprezie podporządkowałem niemal wszystko – odkładałem kasę do koperty, oddałem rower do doposażenia w mniej wyścigowy a bardziej randonneurski (wytrzymalszy) osprzęt, narzuciłem plan treningowy na całą zimę i wreszcie wiosną dodatkowa dietę.

Gdy zbliżał się termin pierwszego brevetu przegadaliśmy z Darkiem U. i Jackiem U. długie godziny jaką strategie planujemy przyjąć.  Jak się potem okazało – wszystko zrobiłem na opak.

Poranek 11 kwietnia był chłodny. Cichutko wymknąłem się z domu i pojechałem autem do Pomiechówka. Na miejscu spotkałem wiele znajomych twarzy znanych mi nie tylko z brevetów ale także z BBT i cyklu supermaratonów. Szybkie powitanie i lecę odebrać kartę brevetową. Jacka i Darka nie ma, Tomka B. tez nie widzę, zaczynam się lekko denerwować, bo chce wystartować jak najwcześniej  a wiem ile czasu zajmuje przygotowanie siebie i roweru do startu.  Docierają koledzy, szybka odprawa i lecę po maszynę. Jadę na start a tam po kilku minutach okazuje się, że większość już pojechała. Po kilku długich minutach pojawia się Jacek i Darek, więc mocno spóźnieni ruszamy. Tempo powoli się rozkręca aby po chwili przekroczyć 30 km/h. Dokręcam dość mocno do wylotu z Modlina i skrętu na Gałachy. Tam spotykamy grupkę, która pomyliła drogę i jedziemy razem do Zakroczymia. Po chwili znowu podkręcam tempo i doganiamy dwoje dzielnych kolarzy. Łączymy siły, troszkę gawędzimy i docieramy do pierwszego PK. Szybka pieczątka, zmycie soli z twarzy i ogień na korby ! Przy tej okazji para naszych towarzysz zostaje z tyłu.

Droga dobrze mi znana skręca w kierunku wschodnim, wiatr zaczyna uprzykrzać jazdę. Po 2 kilometrach doganiamy samotnego wędrowca, pozdrowienie i deptamy dalej. Widzę, że Jacek ciężko kręci, uśmiecha się, ale mocy w tym nie ma wiele. Jedziemy mocnym, ale równym tempem i po kilku km-ach dostrzegamy dwie sylwetki. Kładę się na lemondce, chłopaki za mną i po dłuższej chwili mocno dziurawą drogą dopadamy nie tylko duecik, ale także większą grupkę w tym Wojtka, Janka, Stasia, których znam z innych imprez. Kilka kilometrów jedziemy wspólnie gawędząc, potem z uwagi na wzmagający się wiatr seniorzy zarządzili uporządkowanie szyku. Jadę w czele peletonu, kręcimy solidnie, mam wrażenie, że jedziemy całą zwarta grupą i nie oglądam się. Około 75 kilometra okazuje się, ze grupa całkowicie się porwała a my odjechaliśmy do przodu. Jacek i Darek są niedaleko. Oglądam się, mam nadzieję, że mnie dojdą i pojedziemy razem. Niestety tak się nie dzieje w efekcie zostaje z 3 kolegami daleko z przodu. Koledzy zwalniają, ja nie rezygnuje. Samopoczucie świetne, pogoda doskonała, nóżka podaje, picia i bananów pod dostatkiem, więc kładę się na lemondkę i dokręcam mocniej. Mijam kilka kolejnych osób aż doganiam Jarka B. Pozdrawiamy się, kilka słów, Jarka męczą skurcze i nie daje rady podkręcić troszkę abyśmy mogli jechać razem.  Ostatnia prosta przed Gołyminem pokonuje z prędkością prawie 40km/h – czuję moc!

Wpadam na PKŻ w Gołyminie  a tu niespodzianka, bo Tomek z dużą grupką podziwiają sztukę kulinarną naszych nieocenionych organizatorów i wolontariuszy. Łapie kanapkę, dolewam wody i razem z Tomkiem ruszamy w dalsza drogę. Grupka została na stacji a przed nami pojechali Janek z kolegą. Wyjeżdżając mijamy się z wpadającymi grupkami z peletonu, który zerwałem wcześniej.

Po kilku kilometrach doganiamy Janka, który walczy samotnie z wiatrem. Różnica prędkości duża, więc dwa słowa pozdrowienia, autoprezentacji i poganiamy nasze rumaki. Do Pułtuska dojeżdżamy sami. W noga i karku czuje coraz bardziej trudy pogoni i jazdy pod wiatr. Z uwagi na moje cielesne gabaryty mam ciężko. Na wylocie z Pułtuska zaskakuje mnie Tomasz ( o ile dobrze pamiętam) – towarzysz Janka. Jedziemy razem jednak po kilku zmianach okazuje się, że Tomasz jest dla nas za mocny i na swoich zmianach nas gubi. Postanawiamy jechać swoim tempem tym bardziej, że czuje w nogach, że dwa shoty magnezu nie przynoszą ulgi i przykurcze w łydkach wracają. Martwi mnie to, ale jak mawiał klasyk „wlazłem w gówno - stoję równo” i nie poddaje się.

Na PK w Nasielsku „zjeżdżamy się” z większą grupką i po chwili startujemy już z Jankiem. We czwórkę powoli się rozkręcamy, gdy dochodzi nas troje kolarzy (dwóch kolegów i koleżanka). Chyba byli z innego kraju, bo ani nie zagadali ani nie reagowali, gdy sugerowaliśmy zmiany.  Postanawiamy ich zignorować i jechać swoje. Na jednej z moich zmian niestety łapie mnie skurcz i zostaje troszkę, ale szybko się rozkręcam i doganiam Janka i Tomasza, bo Tomek pogonił z interaktywna-inaczej trójką.

Gawędzimy z Jankiem i tak docieramy do zapory w Dębe, aby po kilku kilometrach skręcić w stronę Nowego Dworu. Od Olszewnicy zaczynam wyraźnie słabnąć, zmęczył mnie pościg a potem silnie szarpane tempo. Dochodzę do wniosku, że staje się balastem dla kolegów i jednocześnie styl jazdy sprawia, że pojawiają się skurcze w pachwinach (diabelnie niemiłe uczucie). Krotka rozmowa z Tomkiem, zapewniam, że dam radę i „wyganiam” go do grupy. Sam ustawiam sobie tempo na mój rytm i jadę równo. Za Chotmowem wyprzedza mnie Maciej Bidacha. Widzę go długi czas i podążam jak do światełka w tunelu. Wyskakuje płynnie w Jabłonnie na trasę do N. Dworu. To moje tereny treningowe, znam tutaj każdy zakręt, kładę się na lemondce i dokręcam. Jadę 26-30km/h pomimo wiatru. Na wlocie do Nowego Dworu oglądam się i widzę gościa na góralu w ciemnym stroju 200-300 metrów za mną. Myślę czy to Jacek najadł się dynamitu i mnie doszedł? Trochę mi wstyd, że go zostawiłem na trasie, ale się cieszę, że to on. Niestety rozczarowanie nadchodzi szybko, bo „góral” szybko zostaje z tyłu – musiał to być ktoś lokalnie. Na zamkniętym przejeździe kolejowym doganiam Macieja i już razem kręcimy do mety.

Powitaniom nie było końca, posilam się i nawadniam, bo ostatnie 10 km jechałem na oparach. Po chwili dociera Darek, potem Jacek z Wojtkiem. Okazuje się, że do grupki, w której jechali Janek, Tomek i Tomasz straciłem jedynie 4 minuty. Jestem zadowolony i troszkę zły na siebie, że dałem się ponieść niczym nieuzasadnionej wierze, że już jestem tak mocny jak w szczycie ubiegłego sezonu. Pogoda, droga i dystans mnie zweryfikowały.

Teraz przygotowuję się na 300 km i tym razem „przykoleguję się” do sympatycznej grupki i pojadę w doborowym towarzystwie aż do końca – zgodnie z duchem Randonneurs ☺