Brevet 300 Pomiechówek 2015 — relacja prezesa

Pierwsza w tym roku poważna jazda. Ten rok zacząłem leniwie. Zima przebimbana. Na basen nie chodziłem z powodów zdrowotnych. Na cykling i siłownię trochę nie starczyło czasu, trochę motywacji, która spadła odkąd postanowiłem nie jechać PBP. Najbliższym poważnym celem jest BBT 2016, a do niego jeszcze sporo czasu.

Zima była na szczęście łagodna więc kilka razy w styczniu i lutym udało się pojeździć. Ale ze względu na inne aktywności zawodowe i pozazawodowe na koniec marca przejechane nieco ponad 450 km. Słabo. Na brevet 200 km pojechałem "z marszu". Wyjąłem rower z garażu, wsiadłem i w drogę. Niestety opony intensywnie zużyte w zeszłym sezonie nie wytrzymały ciężaru kolarza i trudów imprezy i po 120 km tylna opona na wybojach z hukiem pękła.

Wiedząc o moim kiepskim fizycznym przygotowaniu do sezonu rodzina czarno widziała mój udany udział w brevecie 300.  Na szczęście z głową u mnie w porządku (czy aby na pewno) i wiedziałem, że dam radę. W ostatniej chwili z udziału zrezygnował mój brevetowy partner, z którym mieliśmy spokojnie razem "przetoczyć tę noc". Ale nijak to nie osłabiło mojej woli i pewności siebie. Najwyżej znajdę innych towarzyszy albo pojadę sam.

Start o 18. Oczywiście jako organizator nie ruszam ze wszystkimi. Zresztą i tak większość z nich jest zdecydowanie za mocna dla mnie. Wyjeżdżam o 18:15. Za mną na starcie zostaje tylko Marek czekający na Stefana, który wracał do Warszawy po zapomniane buty rowerowe. Jadę więc sam. Pogoda rewelacyjna. Ciepło i bezwietrznie. Cieszę się widokiem wiosennej przyrody budzącej się do życia. Zapachy kwitnących drzew i krzewów są niesamowite. Bociany w gniazdach już przygotowują się do nocnego odpoczynku. Ja tej nocy nie będę odpoczywał.

Tempo trzymam spokojne, żadnych zrywów i szaleństw. Przede mną długa droga, którą będę pokonywał sam. Trasę znam na pamięć. Nie muszę korzystać z cue sheetu ani gps-a.

Niebo jest lekko przymglone, więc można liczyć na spektakularny zachód słońca. To nic — i tak jest pięknie. Za Zakroczymiem mija mnie Honda z Moniką i Gosią. Pędzą na punkt kontrolny, żeby zdąrzyć przed ekipą „wyczynowców". W Starej Wronie kończą się kiepskie asfalty. Teraz już pełen luksus. Druga godzina jazdy. Jest naprawdę dobrze. Przed Jońcem przez telefon pomagam znaleźć trasę dziewczynom w drugim samochodzie. Doganiają mnie dopiero za Nowym Miastem. Na chwilę stają. Reporterka Maria strzela kilka fotek i odjeżdżają.

Przed Gąsocinem robi się już ciemno. Jest co prawda księżyc, ale tylko w kawałku i przysłonięty  mgiełką. Trzeba zacząć jazdę na światłach. Do Ciechanowa już dojeżdżam całkiem po ciemku. Nikogo nie dogoniłem. Stempel na karcie, napoje, przegryzka, wiatrówka na grzbiet, żeby nie zmarznąć i bez zbędnej zwłoki w drogę. Szybki przejazd przez Ciechanów, z krótkim postojem na przejeździe kolejowym i po paru minutach tablica „Grudusk 20”. To mój ulubiony kawałek, leciutko pofałdowany teren, piękne widoki (za dnia, teraz tylko wspomnienia), dobry asfalt. W Grudusku jestem o 23. To setny kilometr w pięć godzin, spokojnie — tak miało być, nie jest źle. Szpica wyścigu jest już pewnie na półmetku w Nowej Wsi. Ja mam jeszcze ponad 58 kilometrów. Ale teraz kolejny bardzo przyjemny kawałek. Droga szeroka, równa i zupełnie pusta. Ruch samochodów minimalny.

Tuż po północy jestem na punkcie kontrolnym w Przasnyszu (120 km). Znów krótki odpoczynek, szybka kawa i w drogę. 38 kilometrów do Nowej Wsi mija bardzo szybko. A tam czekają dziewczyny, ciepły posiłek i wreszcie udaje mi się spotkać innych uczestników imprezy. Czterech chłopaków jeszcze odpoczywało po jedzeniu. Ja się szybko przebieram w suche ubrania i siadam do jedzenia. Zanim zdążyłem skończyć flaki, a na punkt, 20 minut po mnie wpadają Marek i Stefan. Grupa, która była przede mną rusza w dalszą drogę. Może się z nimi zabiorę? Nie, jednak nie. Jeszcze chwila, dokończę spokojnie kawę. Marek i Stefan też ruszają. Pięć minut po nich ruszam i ja. Może ich dogonię po drodze.

Jest jeszcze całkiem ciemno. Trzecia nad ranem. Zaczyna dokuczać senność. Człowiek się najadł, ogrzał, to normalne, ale nieswojo się czuję jadąc na rowerze kiedy oczy same się co chwilę zamykają. Trzeba się chyba jednak trochę zdrzemnąć. Zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem, gdzie można by na chwilkę spokojnie się położyć nie stresując przejeżdżających z rzadka kierowców leżącym w rowie rowerzystą. Wreszcie ok. 4:20 dostrzegam po lewej stronie drogi zachęcająco wyglądający przystanek, w którym można się ukryć i nie być widocznym z drogi. Jest nawet ławeczka (120 x 30 cm) i nie śmierdzi. Nastawiam budzik na 4:35, okręcam się folią termiczną i na dwanaście minut „odpływam”. To niesamowite, że po takiej drzemce senność zupełnie odchodzi. Wskakuję na rower i spokojnie jadę dalej. Jest już całkiem widno.

O 4:50 dzwoni żona, że pierwsi (ośmiu chłopa) już dojechali. Fajnie. A przede mną jeszcze ponad sto kilometrów — ładnych parę godzin jazdy.

Mijam Maków, 18 km dalej Pułtusk. Pogoda trochę się psuje. Zaczyna kropić. Dokucza przeciwny, na szczęście lekki zachodni wiatr. Około siódmej znów zaczyna mnie morzyć sen. Teraz już nie szukam przystanków, zresztą droga pośledniejsza i ich ni ma. Znajduję większy krzak małą górką i znów 10 minut drzemki. Za chwilę odświerzony ruszam do bliskiego już Nasielska, gdzie docieram o ósmej. Kawa, kanapka, batonik i w drogę. Teraz, aż do Jachranki będzie z wiatrem.

Od Nasielska czuję się jak w domu choć do mety jeszcze prawie 70 km i ponad 3 godziny jazdy. Ale to moje treningowe tereny. Każda droga jest znana.

Od Nasielska czuję się jak w domu choć do mety jeszcze prawie 70 km. Ale to moje treningowe tereny. Każda droga dobrze znana. Na zaporze w Dębem silniejszy boczny wiatr. Ale to tylko chwila. Dalej droga biegnie skrajem lasu chroniącego przed bocznymi podmuchami. Olszewnica, Chotomów, Jabłonna i wreszcie skręt w las na Nowy Dwór. To już naprawdę niedaleko. Na drodze przez las do Rajszewa i dalej do Nowego Dworu ruch już dosyć spory. Po drodze mijam pędzących w kierunku Warszawy kolarzy w kilku grupkach — to Rondo Babka — jest przecież niedziela rano. Zastanawiam się dlaczego aż tylu nie pojechało z nami brevetu. Nie wiedzieli, czy nie chcieli?

Mijam Nowy Dwór, most na Narwi, zjazd w dół za rondem, ostatnia dłuższa prosta wzdłuż nadnarwiańskich łąk i Pomiechówek. Noc samotnej minęła nie wiadomo kiedy. Oficjalny czas nie powala: 17h 35m, ale do limitu jeszcze dużo zapasu. Czas netto 14h 39m, średnia prędkość jazdy 21,3 km/h. Jak na samotną nocną jazdę zupełnie przyzwoicie. Na mecie oczywiście gorące powitanie ekipy organizatorek, zdjęcia i gratulacje. Brevet 300 km w Pomiechówku oficjalnie zakończony. Ale to nie koniec sezonu. Jeszcze będzie się działo.
CDN...

Piotr Bolek
kwiecień 2015