Wsłuchując się w mięśnie w pogoni za kotletem

Trzysetka tradycyjnie nocna już od dawna zapowiadała się emocjonująco. Organizatorzy jak zawsze perfekcyjnie przygotowani, szybka rejestracja i dojrzałe banany to jest tegoroczny znak rozpoznawczy.  Bez ceregieli i tym razem na czas całą drużyną ruszyliśmy przy asyście policji. Kilometry mijały bez przeszkód, forma i humory dopisywały, żarty sypały się jak z rękawa. Jedni milczący, inni rozmowni, ale wszyscy niezmiennie uśmiechnięci i życzliwi. Za to właśnie lubię brevety, że nie ma tego ciśnienia wyścigowego, nikt nikogo nie pogania, każdy jedzie jak mu akurat fantazji starcza. Poza kilkoma drobnymi zdarzeniami, pogubionymi bagażnikami i torbami właściwie było niezwykle spokojnie. Lekcję z 200tki odrobiłem, więcej magnezu, mniejsze tempo na starcie, dużo pić i jechać w dobrej grupie. Cały plan zrealizowany w 100% choć nie obyło się bez „momentów”. Nocka jest jednak bardzo wymagająca – zmiany ubrań, dziury zauważone właśnie wtedy kiedy koło w nie wpada, wariujący błędnik kiedy się oglądamy, potrzeba snu … to wszystko jednak to nic jeśli już skończymy i zaczynamy wspominać. Tą kolację, gdy po kilometrach marzeń kotlet z kanapka wchodzący jak najlepszy stek. Przemiłe dziewczyny pomagające nam – pozytywnie zakręconym, podające i odbierające naczynia. W zacnym gronie wszystko smakuje lepiej: kotlet, kanapka, banan, woda z sokiem czy kawa z widokiem na Warszawę ☺. 

Rozbawieni pędzimy przed siebie i prawie każdego z nas kiedyś dopada kryzys. Jedni, jak Janek zaczynają wtedy gnać jak szaleni, brakuje tchu, aby z wysiłkiem wysapać, że te kryzysy nas wykończą.  Drudzy jak ja, kompletnie opadają z sił, a sama wola dalszej jazdy niestety nie chce za nas kręcić korbami.  Tak było i tym razem kawałek za Pułtuskiem, ciemna noc, wertepy na drodze, Janek z Tomkiem w przedzie, Darek podtrzymuje na duchu, a mnie brakuje pary w nogach. Mówię, że muszę zsiąść i podreptać, coś zjeść, bo od kolacji ujechaliśmy 70 km, poruszać nogami i rozluźnić mięśnie, ale Darek nalega aby dojechać do Nasielska. Nie dałem rady, po przerwie technicznej wyciągnąłem banan, bidon i z rowerem pod ręką podreptałem. Wystarczyło może 50 metrów, wsiadłem na maszynę i zacząłem powoli, od małego blatu, potem coraz szybciej, czułem jak siły wracają, droga się wyrównała, położyłem się na lemondce, na horyzoncie widziałem migające światełka chłopaków, droga znana, lampa na max-a , gnałem jak szalony i tak wpadłem do Nasielska ☺

Dalej pojechaliśmy razem w naszym tempie i w doskonałych humorach. Nie dopadł mnie ani jeden skurcz, siły wróciły i deptałem równo z kolegami. Zaczęło świtać, potem nawet lekko kropić, ale szczęśliwie dojechaliśmy, a na mecie czekały zapowiedziane niespodzianki: arbuz, winogrona, pomarańcze, kotlety, karkówka pieczona i uśmiechnięte mimo zmęczenia całonocną pracą Panie Randonneursowe  …  słowem nagroda za wytrwałość ☺

Było świetnie i już nie mogę doczekać się kolejnego brevetu w tak znakomitym gronie ☺

Piotr Rębacz

kwiecień 2015