Brevet Cymru czyli moja debiutancka czterysetka

2 maja 2015, Chepstow

Miała być relacja – voila. Oto jest, dla biegających kobietek, które być może będą chciały trochę pokręcić, dla kolegów i koleżanek, którzy nie jeździli w UK, a których chcę zachęcić, dla wszystkich, którzy lubią posłuchać (poczytać) co u innych słychać ☺

Gwoli wstępu – w zeszłym roku postanowiłam, ze 2015-ty będzie pod znakiem Paris-Briest-Paris. Startuję. Nie myślę za dużo, nie zastanawiam i nie powątpiewam we własne siły (w tym jestem mistrzynią świata) tylko realizuję POSTANOWIENIE. Szalone trochę, bo w chwili narodzin owego miałam wszystkiego przejechane z 4000 km (2013 i 2014), właśnie zostałam świeżo upieczoną emigrantką z 1000 spraw na głowie. Dobra, nie będę ubarwiać, był moment, kiedy zwątpiłam czy to ma sens i wtedy (jak zwykle) wkroczył mój osobisty narzeczony „Ej, no co ty, jak to nie jedziesz??? To ja też nie jadę… przestań, to jeszcze kupa czasu (rok), dasz radę” „Dobra” odpowiedziałam i klamka zapadła ☺

Nie będę się rozwodziła nad samym PBP, w skrócie – 1200 km w maksymalnie 90 godzin. Trzeba się zakwalifikować czyli przejechać 4 brevety: 200, 300, 400 i 600 km w pierwszym półroczu roku, w którym impreza się odbywa (co 4 lata). Organizowane są one w niemalże każdym kraju na świecie pod auspicjami francuskiej ACP, organizatora PBP.
200 zaliczyliśmy obydwoje w styczniu, 300 w kwietniu i przyszedł czas na 400 czy może raczej CZTE-RY-STA. Na samą myśl robiło mi się słabo. 300 już raz jechałam w zeszłym roku, wspominałam miło. Ale 400 to debiut. 

Zapisałam się na Brevet Cymru („Cymru” (czyt. Kamri) to po walijsku „Walia”), organizowany przez Marka Rigby, u którego jechaliśmy również poprzednie brevety. Trochę mnie koledzy podczas 300-tki nastraszyli, że to trudna impreza, dużo górek (4900 przewyższenia), ale nie ma sprawy, na pewno dam radę ☺Tydzień przed wspominam koszmarnie, towarzyszył mi ból żołądka, ogólne rozdrażnienie i panika, szczególnie zaraz po wstaniu z łóżka i pierwszej myśli „zostało…. dni”. Prognoza pogody dopełniła dzieła zniszczenia mojej psychiki. Dochodziło do takich absurdów, ze jak Grzegorz (osobisty narzeczony) dzwonił i pytał np.: co zakładasz na siebie na starcie? To ja z trzęsącą się brodą odpowiadałam „nie chcę o tym rozmawiać „ ☺ Szopka Proszę Państwa ☺ Odpuściło dopiero na 24 h przed. Koleżanka adrenalina zdziałała cuda, bo fruwałam 5 metrów nad ziemią oddając się różnym działaniom logistycznym. Przygotowanie się do zawodów to też nie lada wyzwanie dla takiego roztrzepańca jak ja. Zdecydowanie preferuję imprezy gdzie występujemy wspólnie. Grześ jako zodiakalna panna ma wszystko poukładane, przyszykowane i mnie pilnuje („proszę, tu są Twoje baterie” „gdzie masz bidony?” „napompowałaś koła?”), pamiętam takie imprezy biegowe, kiedy nie wiedziałam kiedy i gdzie jest start ☺ Po prostu byłam zawożona ;) A tu niestety brevet solo, trzeba samej znaleźć bidony ;) Pamiętam w piątek rano koleżanka na fb opublikowała zdjęcie swojego bika w pełnej gotowości, a ja ciągle w piżamie, routesheety nie podrukowane (trzeba jechać do biblioteki!!!), bułki ciągle w Tesco na półce… no, słabo to wyglądało. Ale jak powiedziałam, że na 20 będę gotowa, to byłam. Nawet ciasto bananowe zdążyłam upiec ☺ Może jestem jednym chodzącym chaosem, ale się nie spóźniam. Start był z Chepstow, z klubu osiedlowego, godzina drogi ode mnie na południe, prościutko autostradą, bez komplikacji. Nocka w samochodzie, gdzie mój wierny towarzysz Canondale o wdzięcznym imieniu Fredriksson zajął miejsca z przodu, a ja z tyłu. Passat sprawdził się wyśmienicie. Mimo to, że zwykle mogę zasnąć na stojąco (o tym trochę później) przewracałam się z boku na bok i spałam jak zając. Obudził mnie szum podjeżdżających aut, jeszcze przed 5.00. Klimat niewiele różni się od polskich imprez organizowanych przez Randonneurs Polska – podjeżdżamy, szykujemy rowery, siebie, parę słów z najbliższym sąsiadem na parkingu, jak to w UK – o pogodzie i że warto by przed startem wejść do środka na „nice cup of tea” ☺ Więc wchodzimy do środka – moje pierwsze wrażenie – sami twardziele ☺ Startuje ponad 150 osób, dziewczyn…5 może? Herbata, kawa, bierzemy kartę brevetową (wszystkie są rozłożone na stołach alfabetycznie), Mark siedzi ze stertą pudełek z … Ibupromem… Hm, impreza zapowiada się świetnie ☺

Kiedyś kolega, Paweł Sekulski powiedział, ze najważniejsze (dla głowy), żeby na stracie nie padało. Zaczęło ok. 5.20, właśnie składałam rower. Wraz z deszczem pojawiły się dylematy: zakładać „ceratę” czy nie (moja cudowną przeciwdeszczówkę z decathlonu, produkt niebieski czy jakoś tak), co z ochraniaczami na buty, prawie wszyscy mają na nogach… Postanowiłam nie zakładać.

Ruszamy. Jeszcze parę słów ojca dyrektora i w drogę.  Mark to legenda Audax UK, jeden z najstarszych członków, organizator wielu stałych imprez w kalendarzu AUK, również 1000 km brevetu na dalekiej szkockiej północy, który koniecznie, ale to koniecznie muszę pojechać. Muszę, bo bardzo chcę ☺

Wyjeżdżamy z miasta i zaczyna się długi podjazd, wypoczęta i na adrenalinie słabo go zapamiętałam. Szybsze grupki błyskawicznie znikają mi z oczu, zostaję sama, wyprzedzają mnie pojedynczy kolarze. Nawet się nie staram podłączyć do nikogo, nie chcę szarżować. Deszcz pada coraz bardziej, pamiętam, przed czym przestrzegał mnie Grześ „nie pozwól kurtce zmoknąć, bo będziesz jechała w zbroi nasączonej wodą do końca, nie ma szansy wyschnąć.”  Zatrzymuję się więc, wyjmuję moją ceratę, zakładam i… coś nie gra. Nie dopinam się, brakuje dobrych 5 cm…Takie to są przygody jak jest 2 kolarzy w jednym hausholdzie, z których jeden jest Żwirek, a drugi Muchomorek i kupują sobie te same ciuchy tyle, że w różnych rozmiarach. Zwykle Greg oznacza swoje rzeczy, wycina metki, albo bazgrze gdzieś GR, a tu nic nie ma, jest tylko, że kurtka XS. Zamek trzeszczał, kiedy go zapinałam, zyskałam wygląd dorodnego baleronu z kłopotami oddechowymi, ale najważniejsze, że mogłam jechać dalej. Widoki, pomimo nisko wiszących chmur i szarości krajobrazu od początku zachwycały. Walia jest piękna i klimatyczna, łagodne wzgórza, 1000 odcieni zieleni i naprawdę dobre drogi ☺ Pierwszy punkt kontrolny na 75 km, zaczęłam coraz intensywniej myśleć o kubku herbaty. Co prawda założenie miałam takie, żeby na punktach spędzać minimalną ilość czasu, a na pierwszym tylko podbić kartę i jechać dalej, ale niska temperatura i deszcz już po 40 km zaczęły się dawać we znaki. Dobra, jest, Hay on Way, punkt kontrolny okazuje się być… przystankiem autobusowym, na którym Mark razem z żoną stoją z pieczątką i całym workiem jelly babies (brytyjska odmiana niemieckich miśków Haribo, dużo smaczniejsza ☺) Jeśli chcę herbatę to mogę zahaczyć o pobliską kafejkę, Mark wskazuje mi drogę, ale rezygnuję, szkoda czasu. Wpadam tylko na szybkie siku do publicznej toalety. Nie wiem czemu tak jest ale często zapamiętujemy jakieś momenty, strzępy zdarzeń bez znaczenia. Ja długo będę pamiętać ten, kiedy zatrzymałam się na sekundę przed lustrem w tym zimnym szalecie i pomyślałam, szczękając zębami „Kurwa, nie wiem czy dam radę. Dygocząc z zimna zmieniam routesheet na STAGE 2, zakładam ochraniacze na nogi i z nadzieją na rozgrzanie się w drodze ruszam. Gwoli wyjaśnienia – tak jak wszędzie na całym świecie, trasy imprez audaxowych i randonneurskich opisane są przy pomocy routesheetu lub cue sheetu. Jak zwał tak zwał, jest to po prostu opis trasy (nie mapa):  jak jechać, gdzie skręcić, na którym kilometrze. Szczęśliwi posiadacze urządzeń nawigujących drukują sobie routesheet w razie czego, dla mnie, nieszczęśliwej nieposiadaczki nawigacji jest WSZYSTKIM. Jeśli go zgubię mogę wracać do domu. Mam więc zestaw podstawowy – pocięty na kolejne etapy, każdy w koszulce, oklejony porządnie taśmą. Bieżący etap zawsze przy pomocy taśmy  izolacyjnej przyklejony na kierownicę, kolejne w torbie. Zestaw 2 „ w razie czego” też w torbie.

Pierwszy uczestnik odpada, słyszałam jak pytał Marka o dworzec kolejowy, na skrzyżowaniu skręca w przeciwną stronę…. Za Hay przestaje padać, cerata do kieszeni i znów można odetchnąć pełną piersią ☺ Ciuchy zaczynają schnąć. Głowa pracuje dużo lepiej. Na jednym ze zjazdów mija mnie Jessica i Tim (ich imiona poznam nieco później), zamieniamy parę słów. Jadą dużo szybszym tempem, mieli więc czas na pochłonięcie jakiegoś hamburgera po drodze,  ☺ Zaczynam się robić głodna, zazdroszczę i zaczynam się zastanawiać na co mam ochotę. Hm, sama nie wiem, na pewno porządny obiad. Kolejny przystanek to West End Cafe w Llandovery, fajne miejsce, które znam już z 300-setki. Bardziej jadłodajnia niż restauracja, wybór jest naprawdę duży. No i czaderskie linoleum na podłodze, trochę śliskie jak się chodzi na obcasach ☺

Jestem na miejscu, parę rowerów przed wejściem. Wpadam na Davida, z którym jechałam fragmenty 300-tki. Miłe spotkanie. David przyjechał tylko nam potowarzyszyć, mieszka w Cardiff i wyskoczył na przejażdżkę. Przywiózł dobre wieści-pogoda będzie już odtąd dużo lepsza, najgorsze za nami. Kamień z serca, dobrze jest usłyszeć wieści, które, choć nieprawdziwe, podnoszą morale ;) Hura, obiad! Stępluję kartę brevetową i zamawiam steak pie, które ubóstwiam, z frytkami i groszkiem pure, bardziej angielsko się nie dało ☺ Plus ciasto cytrynowe i kawa. Szukam gniazdka, żeby podładować telefon. Jest, teraz trochę manewrów, mam polską wtyczkę, więc sposobem Grzesiowym posiłkuję się śrubokrętem. Nikt nie widzi na szczęście ☺ To oczywiście bezcelowa szarpanina, telefon i tak wysiądzie, endomondo trasy nie zapisze. Prędzej czy poźniej czeka mnie kupno jakiegoś eTrexa…

Najedzona po burty ruszam dalej. Teraz, kiedy zastanawiam się nad tym co zapamiętałam z całej trasy, to okazuje się, że to są tylko momenty, jakieś sekundy, minuty, widok, uczucie, myśl…nie wiem co się działo pomiędzy Llandrovery a kolejnym punktem kontrolnym w Newquey. Przez kilkanaście kilometrów jechałam z Marcią, którą zgubiłam gdzieś po drodze. Później dowiedziałam się od Marka, ze zrezygnowała na 300 km …Dalej byłam więc ja, mój rower i kolejne stalowe krajobrazy. Pod górę, z góry i tak w kółko. Nowe doświadczenie to długie podjazdy i zjazdy. W okolicach Cheltenham, gdzie mieszkam, nie ma takich, jest pagórkowato, ale podjazdy, choć bywają niezwykle strome (jest jeden 25%, nie odważyłam się jeszcze na tę trasę) są stosunkowo krótkie, kilkaset metrów. Tutaj podjeżdżam przez 10 km. Nie wiem czy to jest przyczyną, ale już koło połowy trasy pojawia się ból z boku lewego uda, potem dołączy prawe. I znów sprawdza się hasło „Ketonal najlepszym przyjacielem kolarza”, działa szybko, o mięśniach zapominam. Po powrocie sprawdziłam – to mięsień rozległy boczny, nie wiedziałm, że taki istnieje, ani, że jego istnienie może być tak intensywne. I kolejny faktor – zabrakło mi 3 bardzo ważnych biegów, bez których męczyłam się trochę. To długa historia, nie będę jej przytaczać w całości, w skrócie: moja stara kaseta (Shimano) jest NIEKOMPATYBILNA z nową przerzutką (Campagniolo) i jak pan w serwisie mówi, że jest NIEKOMPATYBILNA, to „oj tam oj tam” nie jest poprawną odpowiedzią ☺

Nawigowanie jak do tej pory nie sprawia mi problemu, chociaż ten routesheet przyprawił mnie o ból głowy, kiedy go zobaczyłam, nie ma na nim bowiem oznaczonych km, W OGÓLE. Jest tak: „z pk wyjedż w lewo, na rondzie 3 zjazd, na skrzyżowaniu kieruj się na…”, ale za ile km będzie to rondo to nie wiadomo. Najgorsze są takie punkty: „kiedy droga będzie ostro skręcać w prawo, skręć w lewo”… No i stoję właśnie na takim łuku i nie wiem czy to ten czy nie ten … dobra, skręcam. Za mną grupka kolarzy jedzie prosto. Aha, czyli to nie był ten. To dopiero „perfect timing”, z nieba mi spadli. Przed brevetem napisałam do Marka pełna wątpliwości czy da się jechać po tym routesheecie, zapewnił mnie, ze uczestnicy jeżdżą wg niego od lat i na pewno dam sobie radę. Hm …teraz nie jestem już tego taka pewna.

Coraz bliżej morza. Podjeżdżam na szczyt i widzę je w oddali, potem zjazd do miasta i bardzo ostro w dół na promenadę. 230 km, kolejna klimatyczna kafejka. Stawiam rower przy barierce i pierwsze co robię, to zdjęcia. Nie mogę się oprzeć widokom, jest pięknie, domki na wzgórzu, mewy i szmaragdowa woda. W kafejce sporo „naszych”. Nie jestem głodna, ale coś wypadałoby załadować, widzę kolegę pochylającego się nad wielkim deserem lodowym. Tak jest, lody! Koniecznie truskawkowe ze śmietaną☺ Dosiadam się do Jessiki i Tima, obok przy stolikach Barry i John, wszyscy pochłaniamy jakieś słodkości. W końcu chwila na zapoznanie się i pogawędkę. Uwielbiam te momenty, kiedy po długich kilometrach samotności dołączasz do kogoś na trasie lub na punkcie, na dłużej lub na krócej. Zwykle jeżdżę solo, więc takie chwile są jak wisienka na torcie.

Zapada zmierzch, dzwonię do Grzesia, obiecałam, że pogadamy wieczorem. Trochę się rozklejam, płaczę, ze zmęczenia chyba. Rozmawiamy o tym, co przede mną, pyta ile mi czasu zostało. 12,5 godziny na 175 km. Bez szaleństwa, ale wydawało mi się, że wystarczająco. Grześ stwierdził „spoko, dasz radę”, dopiero rano, już po wszystkim wyznał, że nie było spoko, że raczej słabo i nie był pewien czy mi się uda.

Zbieram się, nie ma co marudzić. Ten ostry zjazd na promenadę teraz zmusił mnie do ostrej wspinaczki. Jeszcze kilka kilometrów i zapada ciemność. Wraz z nią deszcz. Najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej zdecydowanie. Nie wiem czy to fakt, ze zostało mniej niż więcej tak zadziałał, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Nie na początku. Jechało się coraz ciężej, głównie przez wiatr, który teraz wiał prosto w twarz. Kiedy omawialiśmy z Grzesiem trasę na kilka dni przed startem narzekałam, że 2 połowa będzie pod wiatr, wolałabym odwrotnie. Pocieszył mnie, że w nocy wiatr ustaje. Najwyraźniej nie w Walii.

Przez moment ktoś za mną jedzie, potem zostawiam go z tyłu. Po raz kolejny jakaś postać wyłania się z ciemności i przez chwilę jedziemy razem. Widzę, ze się zatrzymuje, więc jadę wolno, dogoni mnie, myślę sobie. Nie dogonił. Później żałowałam bardzo, że nie zaczekałam. Kurcze, doświadczenie powinno mnie nauczyć, ze na tym etapie, w nocy, jazda solo jest dla mnie najtrudniejsza – zmęczenie, ciemność, głowa zaczyna fiksować …powinnam za wszelką cenę pod kogoś się podłączyć, tym bardziej, że jeśli spotykamy się na 250 km to znaczy, ze spokojnie dopasujemy się z tempem, wszyscy ściganci i ci żwawsi są daleko z przodu.

Dobra, mamy następny kwiatek w routesheecie: „kiedy droga skręci w prawo i w dół, skręć w lewo”. Deja vu. Oglądam się, kolegi nadal nie ma za mną, zatrzymuję się i czekam. Wydaje mi się, ze mija z 5 minut, w rzeczywistości pewnie parę sekund. Teoria względności się kłania. Nie mam czasu na zastanawianie się, skręcam. Droga jest bardzo wąska, okazuje się bardzo ostrym zjazdem, wolno, cały czas na hamulcach dobijam do jakiejś głównej, której w routesheecie nie ma, co oznacza tylko jedno - to nie był ten skręt. Za żadne skarby świata nie wjadę tam z powrotem –pomyślałam -daję na azymut i szukam wyjścia czyli nowej drogi. Dobijam do kolejnej głównej, drogowskazy kompletnie nic mi nie mówią, próbuję znaleźć jakiś trop, na próżno. W oddali majaczą światła, pub, czyli, że jestem uratowana. W środku ciepło, kominek i 2 autochtonów przy piwie. „Thanks god, need your help!” huknęłam od wejścia, a młody, wysoki barman o aparycji studenta Oxfordu, odsyła mnie od razu do miejscowych. Że dokąd chcę dojechać? Do Chepstow? Coś tam zaczęłam tłumaczyć, ale słabo do nich dociera, że jadę od 6 rano i przede mną całą noc. No dobrze, co jest najbliżej….do Llanbydder chcę dojechać! To już lepiej, w granicach możliwych umysłem do ogarnięcia ☺ Mam jechać do wioski, koło sklepu w lewo. Tak, jest drogowskaz, ale to nie ważne na co. Dalej znów w prawo, a potem to już prosto. Z miejscowymi jest jeszcze jeden problem, kiedy mówię dokąd chcę do jechać, to mnie nie rozumieją, muszę pokazać zapisaną nazwę, a kiedy oni wymawiają nazwę, ja nie wiem o którą miejscowość im chodzi. Walijski język jest stra-szny. LLanwenog, Llandysul, Llanybydder, Llanllwni, Llangeler i wszystko w promieniu 10 km! Mam wrażenie, że połowa nazw w Walii zaczyna się od „Ll”

No to do Llanbydder. Po drodze zatrzymuję samochód i dopytuję o drogę, jest ok, jeszcze jedno wzgórze, a potem będą drogowskazy i jak po sznurku. W połowie podjazdu coś we mnie pęka, nie daję rady, zsiadam i prowadzę rower, zaczynam panikować, że nie zdążę, płaczę, przeklinam. Znam ten stan, minie za kilka minut, ale póki co nie mogę złapać tchu, płacz kompletnie odcina mnie od tlenu. Biegnę prawie pod tę górę. Wypłaszcza się i kryzys powoli mija. Wsiadam na rower, przyspieszam. Zatrzyma mnie za kilka kilometrów fala ulewnego deszczu i wiatr, ale tykający w głowie zegar pcha mnie do przodu. Llanbydder, a potem znów do Llandowery. Kilka kilometrów przed punktem zaczyna mnie morzyć sen, w oddali widzę światła, jakieś roboty drogowe i pracownicy uwijający się przy przestawianiu pachołków. Kiedy podjeżdżam bliżej są tylko światła, nie ma żywej duszy…

West End Cafe po raz drugi, jest 1:30, pani myje podłogi. John i Barry właśnie ruszają dalej, ja zamawiam kawę i ciastko, chcę się cieplej ubrać. W torbie mam porządne spodnie, zimowe rękawice, dodatkową pierwszą warstwę. W łazience zimno jak w psiarni, ale suche ciuchy działają cudownie, nagle mam więcej siły i energii. Krótko po tym jak ruszyłam okazuje się, ze trochę mi za ciepło, a deszcz, który zdążył trochę odpuścić, znów się rozkręca, więc po krótkim czasie jestem znów przemoczona do majtek. Grube rękawice to nie jest patent na taki deszcz, całe nasiąkają wodą są ciężkie i jest zimno w ręce, zmienię je później na cieńsze. Ten kolejny etap wspominam koszmarnie, żołądek wykręca mi się na wszystkie strony, wymiotuję, głowa nie pracuje należycie i znów routesheet … mam jechać cały czas A40, a potem skręcić na Tylbont-On-Usk, ale kiedy? Więc przez 40 kilometrów wypatruje skrętu i denerwuję się, że go przeoczyłam. Jadę już 42 km A40, coś nie tak, powinnam już być na ostatnim punkcie, a ja jeszcze nie zjechałam z głównej drogi …zatrzymuję się, w strugach deszczu usiłuję wyłuskać komórkę. Jest! Dzwonię do Marka, nie odbiera. Jadę dalej i dalej nic, żadnego drogowskazu. Dzwonię znów. Mark odbiera, nie jestem w stanie określić precyzyjnie gdzie jestem, Mark podejrzewa, że minęłam zjazd. Mam jechać prosto A40 i nie wjeżdżać na ostatni punkt. Kilometraż będzie się zgadzał. „Czy nie będę DNF?” „Nie, jeśli dojedziesz na czas do Chepstow”. No to zasuwam. Zostało…. nie wiem ile kilometrów zostało, teraz to już się pogubiłam… Coś około 60-ciu.

Dalej to potworna walka z czasem i zmęczeniem. Zasypiam 3 razy na rowerze, budzę się po drugiej stronie jezdni, tempo spada, chyba przez te drzemki…. Robi się jasno. W końcu  rozsądek podpowiada mi, żeby zsiąść z roweru, chociaż na chwilę. Niebiosa zsyłają murowany przystanek autobusowy, kupa suchych liści, śmierdzi petami, szczęście, że nie moczem, chociaż w moim stanie nie robiłoby to chyba większej różnicy. Zrzucam ceratę, kurtkę i okrywam się folią termiczną. Mam ją ZAWASZE ze sobą, nawet na dłuższym treningu, parę razy uratowała mi życie. Wyciągam kawałek ciasta, potem na moment zamykam oczy. Parę minut wystarcza, wsiadam na rower i się rozkręcam. Najpierw powoli, jak u Tuwima, potem, z wiatrem w plecy, tyle, ile fabryka dała. Jestem pewna, że wygrałam, euforia dodaje skrzydeł.

Jest taki popularny motyw filmowy, kiedy bohater jest już prawie u celu i dla spotęgowania napięcia pojawia się przeszkoda, wydawało by się, nie do przejścia. No to „camera…. action!” ☺ Długi, 6 kilometrowy podjazd tuż przed Chepstow, tempo 7km/h, zegar w głowie tyka nieubłaganie… achilles zaczyna palić jak przypiekany żywym ogniem. Znów zbierają się łzy, ze zmęczenia i wściekłości, znów nie mogę oddychać. Chwilę prowadzę rower… nie, to bez sensu, chrzanić Achillesa, mam jeszcze szansę, jestem o tym przekonana, chociaż jestem na krawędzi… to nie może być tak daleko… 10 km maksymalnie. Wsiadam na rower i dalej mozolnie pnę się do góry. Za każdym zakrętem wypatruję początku zjazdu, kiedy go nie ma wrzeszczę z wściekłości, ale posuwam się dalej. A potem zaczyna wypłaszczać się powoli i …. w dół, na maksa. Zostało mi pół godziny…

Wpadam na metę 8:45, ktoś bierze ode mnie rower, a ja stoję i wyję, jak baba…

Za 3 tygodnie 600 km w 40 godzin, będziemy zaliczać Mount Everest – 8900 m przewyższenia. „To trudna impreza Lucyna, dużo górek, ale na pewno dasz radę!” Hm… gdzieś już to słyszałam…

Lucyna Kunc